Piszemy Książkę - Myśli nieuczesane

Entropia - pierwsza krew

2006-03-31 00:00:00
Fot. Adam Skrzydlewski

Ogarnięty lekkim niedowładem myśli, wpiłem w „tamto” swój rozkojarzony wzrok. Słowa przestały cisnąć się do popękanych ust, pustynny i pustelniczy krajobraz tworzył kontrast z zakorkowanymi ulicami. Świetnie zsynchronizowana sygnalizacja świetlna wyznaczała rytm-kolejny technologiczny metron funkcjonowania.

Odpaliwszy wszystkie znicze postanowiłem ruszyć którąkolwiek z protez – bezskutecznie. Cholerny respirator mózgu także odmawiał posłuszeństwa- tandeta za duży pieniądz. Wschodu słońca nie pamiętam, tyle co z opowiadań – ale przecież nie o to chodziło. Napoiwszy spragnione ciało wzleciałem w górę robiąc kolejny rekonesans. Renesans myśli raczej mi nie groził- czarny śnieg zacinał bezlitośnie; jak to zwykle w lipcu. Biały Kruk w rozrzedzonym powietrzu skażonym tlenem z dodatkiem spirytualnych oparów wyczyniał niesamowite figury. Można zaryzykować stwierdzenie, iż wił się jak piskorz (choć z pewną dozą przesadyzmu). „Dość tego porannego masochizmu”- pomyślał Biały Kruk lądując w pobliskim barze mlecznym serwującym domowe posiłki. Zamówiwszy najbardziej domowy rozpocząłem kulturalną konsumpcję.

Wtem (lub nawet Wnet) zupełnie nieoczekiwanie pojawiła się Agresja. Kobieta znana z wyrywności czy wybuchowego charakteru? Kiedyś pomogłem jej  napisać felieton o nacjonalistycznych ziomkostwach, reprezentujących opcję rewizjonizmu terytorialnego. Po kilku sekundowej wymianie wzajemnych uprzejmości głośno wyartykułowała (żeby nie powiedzieć wykrzyczała) następujący pogląd:
- Na Boga! Całe to wszystko jest najzupełniej nie mające racji bytu; jak tak można, poza tym w pewnym momencie pęknie wytrwałość i cierpliwość…(pauza na oddech) sił brak, a tutaj co nie trzeba, zero transcendencji, koniec z tym! Mam dosyć i mówię to jako w pełni świadoma i w dodatku kobieta (i na bezdechu) prawo niby pozwala, ale do licha! – wypadało tylko przytaknąć:
- Masz absolutną rację- (ech cholerny brak asertywności tudzież rozumienia specyficznej lingwistyki)- Bez dwóch zdań- ( nie wiem o czym mówisz, ale…)- zgadzam się trzeba coś z ty zrobić- (tylko co?)
- No chociaż ty, wiedziałam, że mnie zrozumiesz.

Agresja spostrzegła kiedyś, że należę do nielicznego grona samców rozumiejących kobiety. Komplement wartościowy dla każdego Białego Kruka mnie nieszczególnie utwierdził w przekonaniu co do jego racji. Z pewnością nie miała racji, ale stać mnie było tylko na przytaknięcia. Tym razem przyjąłem na siebie zobowiązanie prawdopodobnego udzielenia pomocy dla niewiasty, która spaliła niegdyś biblię gdyż niepochlebnie (czyt. Szowinistycznie) przedstawia obraz kobiet, nazywając je zbyt często służebnicami. Umówiwszy się z Agresją na cztery godziny przed północą czasu środkowoeuropejskiego, uiściłem opłatę za najbardziej domowy z serwowanych posiłków i odfrunąłem w siną dal.

„Sina dal” to pseudoartystyczny lokal zaprojektowany przez ludzi, dla których troska o estetykę i czystość nie należy do priorytetów. Zająłem moje ulubione miejsce przy stoliku zbitym naprędce ze skrzyni po śledziach złowionych w Zatoce Puckiej przez szczerbatego rybaka. Przy barze tradycyjnie stały dwa obmierzłe Rosomaki. Skinąłem na tego mniej odpychającego, zamawiając sok z białych porzeczek – ulubiony napój każdego białego kruka. Z braku sensowniejszych zajęć przykułem wzrok w jakieś fowistyczne malowidło przedstawiające postać targaną sprzecznościami- lub też: druga opcja ( bardziej prawdopodobna) – bazgroły neurotycznego megalomana kompensującego sobie malarstwem brak wyrostka robaczkowego. Moją uwagę (kończąc chwilę intelektualnego uniesienia) odwróciła para ludzi o (pozornie) ciekawych fizjonomiach: Wyrostek lat może 18 namiętnie przeżuwający usmażone skrzydło Gallus domestica oraz kobieta średnio posunięta przez wiek, popijająca świeżo zaparzony napar z marynowanych liści akacji– taka Biała Wdowa albo Czarna Dama, zależy jak wolicie. Rozmawiali o przyszłorocznych wyborach na Guru proletariackiej partii wczesnego wstawania. Bardzo chciałem rzucić jakąś błyskotliwą dygresję, ale brak śmiałości nie pozwalał zabrać głosu. Choć nigdy nie parałem się politykowaniem, znałem tę dziedzinę od podszewki- wszystko dzięki znajomemu Megafonowi, który o wszystkim co istotne informował mnie na bieżąco. Proletariacka Partia Wczesnego Wstawania (w skrócie PPWW) swoją działalność opiera na jednym fundamentalnym przekonaniu: „Gdyby ludzie wstawali wcześniej, mieli by więcej czasu na naprawianie kraju”. Coś w rodzaju obcojęzycznego: „Early to bed and early to rise makes man healthy, wealthy and wise” Ideowcy tegoż ugrupowania elektoratu szukali w proletariacie, stąd dodatkowe P w nazwie. W pamięci utkwiło mi także rzucające na glebę sparafrazowane na inne warunki hasło: Kto rano wstaje temu się udaje”...Sytuacja rozkwitła gdy towarzyszka Wyrostka wpatrując się prosto w moje powiększone źrenice westchnęła:
- Ech nie rozumiem, co ludzie mogą mieć przeciwko proletariackiej partii wczesnego wstawania…charakterystyczne ułożenie linii szczęki i protekcjonalny wzrok wskazywały, że to ja jestem adresatem zaczepki słownej- tylko na to czekałem! Dzięki o pomysłodawco siedmiu plag!
- Jest jedna zasadnicza kwestia- nieco lakonicznie wystartowałem - ale nie każdy zdaje sobie z tego sprawę.
- Mianowicie?- Zapytała poruszona do żywego zwolenniczka PPWW, której przesadny makijaż zdeformował mimikę.
- Mianowicie-( wdech)- ludzie, którzy wstają wcześniej, wcześniej chodzą spać, natomiast ludzie, którzy wstają później, później zasypiają. Zależność jest prosta i widoczna nawet dla kreta,( siedzący nieopodal Kret zmierzył mnie chłodnym spojrzeniem) nie widzę żadnej różnicy. „Tak mógłbym być politykiem”- pomyślałem opłukując wyschnięte gardło łykiem soku z białych porzeczek. Kolejny konwersacyjny tryumf ozdobił moją twarz zwycięskim uśmiechem. Rozmówczyni wyraźnie zażenowana nazwała mnie kretynem i dzieckiem konsumpcyjnego imperializmu. Kiedy brakuje argumentów stajemy się agresywni – pomyślałem uznając to za bardziej właściwe niż dalszą polemikę.

Polityczny dyskurs został zatem urwany – wybór innych rozwiązań niż potakiwanie bywa politycznie niepoprawny, wytrawni politycy o tym wiedzą- odparł Megafon gdy po kilku dniach opowiedziałem mu o całym zajściu.
Zgodnie ze scenariuszem (zamawiając trzy szklanice wytrawnego wina) Siną Dal zaszczycił swoją obecnością Jan Kiel, wirtuoz gry na banjo i kompan licznych intoksykacji zarazem. Kiel- owoc miłości cygańskiej wróżki i chilijskiego sprzedawcy instrumentów dętych- od najmłodszych lat czuł pociąg do muzykowania. W grze na banjo doszedł do perfekcji, stając się pierwszym „kolorowym”, który przeróbką starego przeboju „Mein Fuhrer” wygrał festiwal piosenki żołnierskiej w Berlinie. Talent i wrodzony spryt pozwalały mu prowadzić próżniaczy żywot pełen orgiastycznych zabaw i impresji. Z racji wykonywanego zawodu często podróżował koncertując tu i ówdzie za całkiem przyzwoity pieniądz. Miał masę przyjaciół, ale też nie wiele mniej wrogów, bywał czarnym koniem dla jednych i czarną owcą dla innych- w zależności od rozkłady sympatii.
Kiel podbiegł do mnie, wymachując z gracją trzema szklanicami (gra na banjo świetnie rozwinęła jego manualne zdolności).
- Buenos dias hombre! – zaskrzeczał z hiszpańska przysiadając obok.
- Witaj Juan – odpowiedziałem także trochę po hiszpańsku- Widzę, że nie brak ci energii? Jak zawsze- dorzuciłem trochę zawistnie.
- Oczywiście! Jestem wulkanem! I nie mów do mnie Juan.
 *(krótka notka biograficzna) Jan Kiel w rzeczywistości nazywał się Juan Carlos Ignacio Edwardo Lotina jednak skrócił i spolszczył swoje personalia. Początkowo funkcjonał jako Jan Ciel ( od pierwszych liter imion i nazwiska), ale za bardziej stosowną uznał modyfikację „Kiel” ponieważ jest bardziej szlachetna i nie budzi skojarzeń z trzodą chlewną.
- Ileż to czasu minęło od naszego ostatniego spotkania przyjacielu? – skrzypnął z latynoską manierą gładząc starannie wypielęgnowany wąsik- z resztą nie ważne, nie uwierzysz kogo spotkałem!
- Kogo? – nie obchodziło mnie to, ale spytać musiałem.
- Różę Bez-Kolcov!
Wtedy zaczęło mnie to obchodzić. Tak odrobinkę, bez wyraźnego poruszenia, a jednak nieco więcej niż obojętnie zapytałem:
- Różę Bez ? – (wydęcie policzków tuszowało niedowierzanie)
- Teraz już Różę Bez-Kolcov;. Wiedz, że Róża wyszła powtórnie za mąż za dzianego oligarchę zza wschodniej granicy o nazwisku Kolcov. Jest w Entropii od kilku dni i  załatwia jakieś zadawnione sprawy – syknął Jan Kiel z wyraźnym błyskiem w czarnych jak węgiel oczach.
Obchodziło mnie to bardzo. W niegdysiejszych czasach nieopatrznie obiecałem Róży miłość wierność i to trzecie, i czwarte, po czym (również nieopatrznie) postąpiłem jak prawdziwy mężczyzna zostawiając ją samą bez środków do życia. Poprzysięgła mi wówczas zemstę, a konkretnie, że nie spocznie dopóki całkowicie nie zatruje mi życia. Mając na uwadze jej zapalczywość i determinację zacząłem się realnie bać.
Chwilę zadumy przerwał Jan Kiel
- I co teraz? Znowu uciekniesz? – dało się wyczuć wyraźną satysfakcję w jego głosie.
- Nie wiem co teraz – odburknąłem bezradnie nie po raz pierwszy.  

         Kolejne porcje soku z białych porzeczek rozluźniły trochę napiętą atmosferę wprowadzają klimat stymulujący rozmowy. W knajpie wrzało jak w ulu, nawet butny Kret uśmiechał się jowialnie do nadgryzionej przez ząb czasu Sokowirówki. My także nie odstawaliśmy od normy, rozpoczynając żarliwą dysputę o złożoności natury kobiet i ich dziejowej roli w procesie kształtowania się współczesnych stylów życia. Po jakiejś chwili (trudnej do określenia za pomocą jednostek czasu) sok z białych porzeczek lał się obficie zmieniając nastrój na mocno sentymentalny. Równie obficie łzawił Kiel roztkliwiając się przy opowieści o jego młodzieńczej miłości z rodzinnej mieściny Los Pojebos w Chile. Jako młokos wypasał owce na stokach północnych Andów i zadłużył się po uszy w urodziwej pasterce Liz Materii. Odwzajemnione uczucie uczyniło go najbardziej szczęśliwym spośród pasterzy w tej części globu. Idylla nie mogła trwać wiecznie. W związku z ogromnym zapotrzebowaniem na instrumenty dęte cała rodzina Juana Carlosa Ignacio Edwardo Lotiny (podówczas jeszcze nie funkcjonował jako Jan Kiel) wyemigrowała do Europy rozpoczynając ekspansję na rynek instrumentów. Kiel nigdy nie spotkał ponownie pięknej pasterki Liz Materii, jedynej prawdziwej miłości jego życia. Wspominał ją zawsze po paru głębszych, skomponował dla nie pierwszą wylewną pieśń, a została mu po niej tylko awersja do trzody chlewnej.

Sina Dal wypełniła się po brzegi wraz z nadejściem godziny dziesiątej ( do spotkania z Agresją miałem jeszcze bite dwie godziny). Stała klientela rozochocona używkami wszelkiego rodzaju domagała się występu „króla banjo”. Próżny do cna maestro nie dał się długo prosić. Schwyciwszy instrument wskoczył na zaniedbany stolik i zaintonował wesołą, ale technicznie ekwilibrystyczną piosnkę. Każdy ze słuchaczy przyzna, ze nikt na tym instrumencie nie dorówna mu w biegłości, guście i talencie. Nie mogłem wyjść z podziwu poddając się prawdziwej akustycznej hipnozie. Sprawne palce bezlitośnie eksploatowały banjo wydobywając z niego kosmiczne dźwięki zalewające całą salę magiczną aurą muzycznej ekstazy. Jan Kiel jak w transie łechtał nowymi kompozycjami rozentuzjazmowaną publiczność, która stworzyła wokół niego krąg spragnionych melodii istot. Rosomaki w objęciach Kreta i Sokowirówki wyklaskiwały rytm potańcując przy tym iście zawodowo, zwłaszcza znana z niebanalnych umiejętności tanecznych Sokowirówka. Zły Zbych najbardziej ponury ze znanych mi płatnych morderców nieudolnie maskował uśmiech chowając się za kieliszkiem krwawej mary. Zauważywszy to pan Tofel poszturchiwał dwukrotnie cięższą od siebie małżonkę, która szczerząc złoty ząb posłała mu zalotne, wymowne mrugniecie. Co ma początek ma też się skończyć (jak mawia megafon), w związku z czym wspólnotową euforię zakończył bodaj siódmy bisowy utwór wyczerpanego Jan Kiela. Grad braw podsumował i zakończył ten niecodzienny występ. Przez najbliższe trzy kwadranse poruszeni słuchacze dziękowali za koncert rekompensując włożoną w jego wykonanie energię trunkami wszelkiego rodzaju i barwy. Ja jako kompan „króla banjo” i osoba siedząca najbliżej (mogło to sugerować powinowactwo) nie omieszkałem skorzystać z hojności rozrzewnionych „sinodalców” - tak przeca wypadało z grzeczności. Za grzeczność słono zapłacił mój wyczerpany organizm, który z równie wielką werwą zwracał przyjęte nie wiele wcześniej płyny. Głowa ciążyła mi niemiłosiernie, wypełniona zatrutymi myślami, które nie znajdowały ujścia w werbalnym przekazie. Gestykulacja także była ponad nadwątlone siły. Postać Róży Bez-Kolcov, a konkretnie perspektywa spotkania jej wzmagała tylko torsje. Entropia nie jest miejscem, w którym można się bezpiecznie zaszyć na jakiś czas, na Jowisza co zrobić! Ta kobieta to krzyżówka psa gończego i wielkiego inkwizytora, wyrachowana bardziej niż ten co wymyślił konia trojańskiego czy zamek błyskawiczny. Z rozwiązaniem przyszedł znienacka Jan Kiel proponując następujące wyjście z sytuacji:
- Napij się bracie!
- Już nie mogę. Już nie potrafię i nie chcę – skłamałem
- Nie przesadzaj! Wypij! Jutro pomyślimy co dalej.
 Nie dałem się długo prosić. Zawsze twierdziłem, że ma dar przekonywania.

Cdn.

Przemysław Topornicki
(mysli@dlastudenta.pl)

Komentarze
Redakcja dlaStudenta.pl nie ponosi odpowiedzialności za wypowiedzi Internautów opublikowane na stronach serwisu oraz zastrzega sobie prawo do redagowania, skracania bądź usuwania komentarzy zawierających treści zabronione przez prawo, uznawane za obraźliwie lub naruszające zasady współżycia społecznego.
Zobacz także
Napisz sobie baśń
Napisz sobie baśń

Choć na pierwszy rzut oka może się wydawać skomplikowane i trudne, to w gruncie rzeczy pisanie baśni jest bardzo proste.

Brak zdjęcia
Entropia - pierwsza krew- część III

Owo przedpołudnie błyskawicznie stało się popołudniem i równie prędko wieczorem. Długi czas wpatrywałem się w swoje malowidło, próbując dokonać rekonstrukcji poprzedniej nocy – wszystko bezskutecznie.

Brak zdjęcia
Entropia - pierwsza krew - część II

Wspaniały aromat nasycił powietrze. Przyjemny chłód zawładnął całym krajobrazem pełnym fantazyjnych kształtów w barwach niemożliwych do opisania, zatem i niemożliwych do namalowania. Usiadłem przed płótnem rozpostartym przede mną i rozpocząłem malowanie czegoś, co ktoś nierozsądny i głęboko romantyczny mógłby nazwać malowidłem lub nawet obrazem.

Polecamy
Brak zdjęcia
Entropia - pierwsza krew - część II

Wspaniały aromat nasycił powietrze. Przyjemny chłód zawładnął całym krajobrazem pełnym fantazyjnych kształtów w barwach niemożliwych do opisania, zatem i niemożliwych do namalowania. Usiadłem przed płótnem rozpostartym przede mną i rozpocząłem malowanie czegoś, co ktoś nierozsądny i głęboko romantyczny mógłby nazwać malowidłem lub nawet obrazem.

Napisz sobie baśń
Napisz sobie baśń

Choć na pierwszy rzut oka może się wydawać skomplikowane i trudne, to w gruncie rzeczy pisanie baśni jest bardzo proste.

Ostatnio dodane
Napisz sobie baśń
Napisz sobie baśń

Choć na pierwszy rzut oka może się wydawać skomplikowane i trudne, to w gruncie rzeczy pisanie baśni jest bardzo proste.

Brak zdjęcia
Entropia - pierwsza krew- część III

Owo przedpołudnie błyskawicznie stało się popołudniem i równie prędko wieczorem. Długi czas wpatrywałem się w swoje malowidło, próbując dokonać rekonstrukcji poprzedniej nocy – wszystko bezskutecznie.