Piszemy Książkę - Myśli nieuczesane

Entropia - pierwsza krew - część II

2006-04-01 00:00:00
Fot. Adam Skrzydlewski

Wspaniały aromat nasycił powietrze. Przyjemny chłód zawładnął całym krajobrazem pełnym fantazyjnych kształtów w barwach niemożliwych do opisania, zatem i niemożliwych do namalowania. Usiadłem przed płótnem rozpostartym przede mną i rozpocząłem malowanie czegoś, co ktoś nierozsądny i głęboko romantyczny mógłby nazwać malowidłem lub nawet obrazem.

Głowa ciążyła mi nie miłosiernie, a ból nie znał litości dla płatów czołowego, ciemieniowego i skroniowego. Mimo wszystko złapałem za pędzel i zapałałem chęcią stworzenia malarskiej apologii swego rozdmuchanego żywota. Nieposłuszne kończyny napędzane uśpionym talentem, odrobinkę pokracznie zabrały się do rzeczy. Najpierw drzewo. Drzewo może być symbolem wszystkiego, a zwłaszcza złamane – pomyślałem szkicując pień i wygięte rachityczne konary. Jak na początek może być? W czaszce rządy sprawowała pustka, a jak wiadomo z pustego nie naleję – odchrząknąłem mimowolnie bazgrząc coś co przypominało, i w istocie było szklanką soku z białych porzeczek. Nagle (wierzcie lub nie) przed powiększonym źrenicami stanęło mi oszronione naczynie wypełnione wiadomą zawartością. „Dzięki o Ty, który zatopiłeś tysiące jeźdźców egipskich wraz z rydwanami” – zaintonowałem modlitewnie. Nie zważając na okoliczności wychyliłem do dna. Oświetlony umysł, błyskawicznie przyozdobił malowidło kolejnym (tym razem większym) naczyniem. „To z pewnością nie jest deja vu” – utwierdziły mnie w przekonaniu kubki smakowe po spożyciu drugiej porcji. Jako, że nigdy nie należałem do minimalistów, tuż przy drzewie ukazała się szczelnie zakorkowana butelka z sokiem z białych porzeczek (ulubionym trunkiem Białych Kruków de facto). Eureka! Taki fart zdarza się raz w życiu. Odbezpieczając nowy dar zdecydowałem się rozpędzić jeszcze bardziej – (wyraz twarzy musiał być komiczny).  Dłonie stały się pewne, a pędzel był jak szósty palec (zdaje się, że to jest właśnie malarska wena). Ostatnie precyzyjne posunięcia i tuż obok wyłoniła… się naga… Róża Bez (od niedawna Bez-Kolcov). Organizmem wstrząsnęły dreszcze i poczułem, że blednę albo nabieram rumieńców. Jak rażony prądem odskoczyłem, dzierżąc w prawicy pędzel i butelkę w lewej dłoni. Milcząca zjawa przysunęła się bliżej i (o zgrozo!) też nie przyszła z pustymi rękami. Desperacko próbowałem rozluźnić atmosferę:
- Świetnie wyglądasz….Naprawdę wspaniale…
Cisza.
- Podobno wyszłaś powtórnie za mąż i jesteś szczęśliwa?
To samo. Iluzyjna tajemniczość przeobraziła się w typową scenerię filmu grozy z dekoracjami i dialogami na czele.
- Wiesz…Może masz ochotę się napić? – (na mnie zawsze to działało).
Chyba tylko na mnie. Powietrze stało się nieznośnie ciężkie i zdałem sobie sprawę, że tak może wyglądać ostateczność. Róża wodziła nieobecnymi oczyma i wymachiwała niezidentyfikowanym narzędziem. Ostatnie co zauważyłem to jej ręka z grzebieniem nad moją głową.


Obudziłem się zlany potem z rozkołatanym mięśniem sercowym i trzęsącymi się kończynami. Co za ulga… - zauważyła moja błyskotliwa świadomość. Ślinianki przyuszna i podżuchwowa pracowały na pełnych obrotach i poczułem się jak Beduin gdzieś na pustynnych zgliszczach. Zwlokłem się z łóżka zamaszystym padem na nie odkurzony dywan i podczołgałem się ku wazonowi ze zwiędłym kwieciem wewnątrz. Woda - źródło życia – zaspokoiła pierwszą falę pragnienia. Z wielkim trudem ustawiłem ciało w pozycji pionowej i zrozumiałem dlaczego niemowlaki zaraz po urodzeniu nie potrafią chodzić. Otwarcie okien i przewietrzenie mieszkania okazało się kolejnym trafnym wyborem. Zimne powietrze świetnie kontrastowało z moim samopoczuciem. Już prawie zapomniałem o złym śnie, kiedy coś niespodziewanie zastukało do drzwi. Nie można nazywać tego pukaniem gdyż hałas był tak duży, że oznajmiał wizytę wielkiej inkwizycji, gestapo lub zdenerwowanej kobiety. Z towarzyszącym niepokojem i korkociągiem w kieszeni odryglowałem drzwi, za którymi stała zirytowana panna Bez.
- Byliśmy wczoraj umówieni – rozpoczęła z wyrzutem Agresja – Zapomniałeś? Czy znowu marnowałeś czas w towarzystwie tego idioty Kiela?
- No wiesz…Faktycznie coś mi wypadło. Słyszałaś, że twoja siostra jest w Entropii? – odpowiedziałem pytaniem
- Róża? – odpowiedziała również pytaniem
- Tak – przytaknąłem
- Ta suka?
- Twoja siostra – sprostowałem by nikogo nie obrażać
Agresja z pewnością mniej poruszona niż ja wizytą doskonale znanej nam osoby, przysiadła w fotelu i przez jakiś czas przyglądała się rzuconemu bezwładnie płótnie.
- Nie wiedziałam, że znowu malujesz akty? – zapytała zainteresowana malowidłem
- Bo nie maluję- odparłem
- A ten tu czy jest?- spytała wskazując obiekt jej zainteresowania.
- Ten ? To być nie może! – krzyknąłem z niedowierzaniem czyniąc naszą rozmowę lakoniczną i zagadkową..

(….pauza na adaptację parapsychologicznego zjawiska)

Obraz, który zwrócił uwagę Agresji był identyczny z tym z mojego snu. Połamane drzewo, dookoła szklanki, butelka i naga kobieta. Charakterystyczny koloryt i zabójcza wręcz ekspresja  wskazywały, że to moje dzieło. Tak… Byłem wziętym malarzem, zarabiałem w ten sposób. Jako taką sławę i estymę w kaście, przyniósł mi mój autoportret niesłusznie zinterpretowany jako trawestacja portretu Ho Chi Minha. A ja po prostu wcześniej pobudzałem swoją wenę ( stąd nieco skośne oczy i przyklejony uśmiech). Arcydzieło zostało odsprzedane za sowitą cenę do odwiedzanego przez szkolne wycieczki muzeum pop artu, więc nie widziałem powodów by protestować.   
- Kto jest na tym obrazie? – zapytała Agresja zbijając mnie z pantałyku – A te puste szklanki? To jakaś metafora?
- Tak. Zgadza się. – przybrałem maksymalnie poważną pozę, pomijając zgrabnie odpowiedź na pierwsze zapytanie – Pusta szklanka to metafora…odwiecznej zmory artystów, formy…Butelka to umysł, który swą treść przelewa w rozmaite formy, szukając odpowiedniego wyrazu, punktu wyjścia. Natrafia jednak na przesyt w pustce, nawet najbardziej kreatywny twórca obecnie nie jest w stanie znaleźć odpowiednika ceramicznego novum. Istnieją szklanki, kieliszki etc. cała masa naczyń, które weszły w powszechny obieg, nikt teraz nie napije się np. z pudełka po zapałkach…i tutaj jest pies pogrzebany. Dziejowy dramat artystów i miejsca sztuki w codzienności, która odmierza czas i decyduje co jest nocą, a co dniem, artyzm to abstrakcja na usługach codzienności. Zatem co za tym idzie? Z pustego nie nalejesz – kończąc monolog - tu posłużę się wysublimowaną metaforą - musiałem wyglądać jak „Mężczyzna w złotym Chełmie” Rembrandtaa Godna podziwu powaga przy opowiadaniu bzdur.
- A połamane drzewo i naga kobieta?- wciąż indagowała coraz bardziej zaciekawiona rozmówczyni.
- To proste…- odparłem z maskowanym przekonaniem – Złamane drzewo na moim płótnie symbolizuję artystę, dla którego łamanie formy jest jedyną drogą. Świadomie wybiera dysonans i prokuruje paradoks – zabijamy sztukę aby wyrazić w ten sposób swój artyzm. Jest to kolejna egzemplifikacja obrazująca uwikłanie twórcy w sprzeczności związane z uprawianiem sztuki.
- A naga kobieta? Co obrazuje? Nie widzę związku z resztą .
- Naga kobieta ma poprawić estetykę – odparłem cicho i niepewnie.
- Żartujesz? – spytała tonem zwiastującym nienawistny wybuch
- Tak – skłamałem – To także symbol. Rozumiesz Ewa zerwała zakazany owoc z drzewa i była przy tym naga, nie muszę Ci tłumaczyć chyba? – miałem nadzieję na urwanie rozmowy.
- Nigdy nie rozumiałam malarstwa, ale obraz jest chyba dobry. Podoba mi się – skończyła temat Agresja.
- To do rychłego zobaczenia – palnąłem zapominając o kurtuazji w dialogach damsko-męskich.
- Widzę, że chcesz być sam, więc nie przeszkadzam – odpowiedziała szczerze przyjacielskim tonem Agresja – Do zobaczenia.

Cdn.

Przemysław Topornicki
(mysli@dlastudenta.pl)

Komentarze
Redakcja dlaStudenta.pl nie ponosi odpowiedzialności za wypowiedzi Internautów opublikowane na stronach serwisu oraz zastrzega sobie prawo do redagowania, skracania bądź usuwania komentarzy zawierających treści zabronione przez prawo, uznawane za obraźliwie lub naruszające zasady współżycia społecznego.
Zobacz także
Napisz sobie baśń
Napisz sobie baśń

Choć na pierwszy rzut oka może się wydawać skomplikowane i trudne, to w gruncie rzeczy pisanie baśni jest bardzo proste.

Brak zdjęcia
Entropia - pierwsza krew- część III

Owo przedpołudnie błyskawicznie stało się popołudniem i równie prędko wieczorem. Długi czas wpatrywałem się w swoje malowidło, próbując dokonać rekonstrukcji poprzedniej nocy – wszystko bezskutecznie.

Brak zdjęcia
Entropia - pierwsza krew - część II

Wspaniały aromat nasycił powietrze. Przyjemny chłód zawładnął całym krajobrazem pełnym fantazyjnych kształtów w barwach niemożliwych do opisania, zatem i niemożliwych do namalowania. Usiadłem przed płótnem rozpostartym przede mną i rozpocząłem malowanie czegoś, co ktoś nierozsądny i głęboko romantyczny mógłby nazwać malowidłem lub nawet obrazem.

Polecamy
Napisz sobie baśń
Napisz sobie baśń

Choć na pierwszy rzut oka może się wydawać skomplikowane i trudne, to w gruncie rzeczy pisanie baśni jest bardzo proste.

Brak zdjęcia
Entropia - pierwsza krew- część III

Owo przedpołudnie błyskawicznie stało się popołudniem i równie prędko wieczorem. Długi czas wpatrywałem się w swoje malowidło, próbując dokonać rekonstrukcji poprzedniej nocy – wszystko bezskutecznie.

Ostatnio dodane
Napisz sobie baśń
Napisz sobie baśń

Choć na pierwszy rzut oka może się wydawać skomplikowane i trudne, to w gruncie rzeczy pisanie baśni jest bardzo proste.

Brak zdjęcia
Entropia - pierwsza krew- część III

Owo przedpołudnie błyskawicznie stało się popołudniem i równie prędko wieczorem. Długi czas wpatrywałem się w swoje malowidło, próbując dokonać rekonstrukcji poprzedniej nocy – wszystko bezskutecznie.