Reportaż - Naszym zdaniem

Telemorgana, czyli z pamiętnika statysty

2010-04-23 09:33:43

 Wszyscy wiemy, że telewizja kłamie. Tylko jak?

– Warunek jest jeden: żadnego logo, żadnych śladów popularnych marek na piersiach czy na plecach. Żadnych też kratek lub cienkich paseczków, bo będziesz migać jak choinka, a nie chcesz chyba, żeby ktoś zakleił ci metkę taśmą albo kazał chodzić w ubraniach na lewą stronę? Ubrani na kolorowo mają miejsce w pierwszych rzędach, szaraki – byle jak najdalej. Mile widziane ładne twarze. Wtedy masz szansę na pięć, może więcej sekund na wizji. To nie pokaz Arkadiusa, to telewizja – opowiada Kamil, 22-letni student UW, który zdołał już stępić zęby na warszawskich planach, gdzie dorabia, statystując głównie przy produkcjach Telewizji Polskiej.

Piździć na piździeli

– Zacząłem od programu z geniuszami. Statyści – niby nie aktorzy, ale muszą zasmakować grania. Opiekun uczył nas „ekspresji emocji”. Jak dyrygent sterował brawami: góra – mocne, dół – słabe. Ustawiał wszystko: smutek, zdziwienie, śmiech. Najczęściej jednak śmiech, bo dobry program to z wesołą publicznością. Problem w tym, że nie wszystkim dopisywał telewizyjny humor. Na przykład takiej jednej pani Kasi nie pasował, więc kierownik planu do nie tak:  Pani Kasiu, co pani taka smutna? To jest program rozrywkowy! Proszę nam pokazać, jak się pani cieszy, że tu z nami jest!

A! I ma być naturalnie.

Na wizji: parada geniuszy otrzymuje najwymyślniejsze pytania z całej Polski. Autorzy najciekawszych zasiadają na widowni i mają szansę zgarnąć tysiąc, jeśli tylko „geniusz” polegnie właśnie na ich zagadce. Pani Monika z Krośnicy, proszę się nam pokazać! I pani Monika wstaje i się pokazuje. Nadesłała pani pytanie: co oznacza zwrot mokry krztoń? A ponieważ żaden z uczestników nie wiedział, że chodzi o zapalenie gardła, wygrywa pani tysiąc złotych! I pani Monika już się cieszy z koperty. Niestety pan Kowalski z Iwicznej ma mniej szczęścia. Ktoś odpowiada na jego pytanie. Piździć na piździeli to inaczej grać na flecie. Więc pan Kowalski nabiera smutnego wyrazu twarzy, wzrusza ramionami i siada.

Naprawdę: pytań nie nadsyła nikt, a już na pewno nie statyści, tacy jak pan Kowalski czy pani Monika, która, owszem, otrzymuje kopertę, tyle że pustą. – Nic dziwnego, że tego programu nie wyemitowano – konstatuje Kamil.

Gwiazdy też miewają pod górkę

– Cisza. Kamera. Akcja! Brawa. Monika Richardson! Klaszczemy, jak podyktował kierownik planu, a gdy staje – milkniemy. Niestety staje za daleko, a muzyka startuje za późno... Jeszcze raz. Cisza. Kamera. Akcja! Brawa. Monika… Mamy to?

Statystów kłębi się osiemdziesięciu, może stu. Kilkuosobowa, rodzinna agencja weźmie za nas pewnie z dziesięć tysięcy (za dzień!). Nie więcej niż połowę przeznaczy na wynagrodzenia dla zatrudnionych statystów. Reszta w portfelu. Niektórym zatem statystowanie się opłaca.

W ogromnym studiu na Woronicza stoją białe, bodaj plastikowe krowy, podłoga na błysk, a w tle made in Poland wyświetlane w kilku językach świata. Dzień wcześniej sprawdzano sprzęt (rzecz jasna na statystach). Dziś nagranie. Wśród gości między innymi Japonka i dwóch facetów. Dla każdego przewidziano inne zadanie. Jeden chyba miał wydoić kozę, drugi nauczyć się polskiego wierszyka, a Japonka miała szukać pomocy w odpaleniu malucha, który zablokował ulicę w czasie porannego szczytu. Znalazła jakiegoś Don Juana. Pomógł jej. Opowiada teraz o swoim życiu w Polsce: że lubi gołąbki, te latające, że miała tu chłopaka, ale jego rodzice, gdy ją poznali, spytali tylko A co ty możesz dać naszemu synowi? Worek ryżu? I wkrótce się rozstali. Publiczność natomiast głosuje, czy Japonka wkupiła się w jej łaski. Ty, ty i ty pokazujecie czerwony kartonik (brak akceptacji), reszta – zielone! – mówi kierownik planu. Wynik: 3 x nie przeciwko 80 x tak.

Przerwa na poprawę makijażu i zabicie czasu. Na sześciogodzinny dzień zdjęciowy samego nagrywania będzie około dwie, trzy godziny, ale telewizja publiczna nie śpieszy się, bo musi wypracować określony grafik. Kto im zapłaci, jeśli zrobią wszystko dwa razy szybciej?

Wracamy. Piotr Najsztub, gość specjalny odcinka, mówi coś pokracznego i każe wyciąć. Potem przypomina sobie, że ma do powiedzenia coś ważnego i prosi o przemówienie. Mamy to? – pyta prowadząca, Monika Richardson. Chwila oczekiwania. Z reżyserki programu Orzeł czy reszta pada wreszcie upragnione Mamy!

Samo życie w domu nad rozlewiskiem

– Stoimy na lotnisku im. Fryderyka Chopina w Warszawie, co to niektórzy błędnie Okęciem nazywają – rzuca z dumą Kamil. Czekamy z walizkami na słońce. Czekamy kilka godzin, bo plan to właśnie czekanie. Za to nam płacą, bo to najgorsza część statystowania. Statyści zresztą często przychodzą się jako pierwsi. Niektórzy to starzy wyjadacze, pozostali – zupełni nowicjusze, którzy nie mogą się nadziwić, że pieniądze (40 złotych za dzień) otrzymają dopiero za miesiąc, dwa, i jeszcze będą musieli się rozliczyć z tej śmieszności z Urzędem Skarbowym.

Twarze nie powinny się powtarzać, ale grupa zaznajomiona z agencją szturmuje co tylko się da. Pewien starszy pan nawet, niezadowolony z faktu, iż musi stać w tle, ciągnie swoją walizkę pod samym okiem kamery tak wolno, jakby był na wykończeniu; wszystko po to, by utrzymać się jak najdłużej na ekranie.

Zasadniczo klakierzy starają się wyglądać lepiej i przywdziewać bardziej szałową odzież niż wszyscy uczestnicy teleturnieju i prowadzący razem wzięci – piszą o współczesnych klakierach autorzy Nonsensopedii. Chociaż na karierę liczyć zbytnio nie należy, bywa, że i statyści stroją się jak mogą. – Jednej wymalowanej pani kierowniczka planu powiedziała, że miałaby dla niej jakąś pokaźniejszą rolę. Co z tego, że nie potrafiła grać? Do czego to potrzebne? Wielki dekolt i w miarę symetryczna twarz wystarczą – ciska Kamil. 

Cóż, może jednak jest w tym coś z pokazu Arkadiusa.

– Starsze statystki komentują sprawę krótko: Kurwy do wynajęcia.

– Plan "Domu nad rozlewiskiem" usypia wszystkich. Aktorki mylą kwestie, powtarzając je po kilkanaście razy. Szefowa agencji, która dla zabicia czasu robiła zakupy na Okęciu, denerwuje się i rzuca: Amatorki! Jedynie lotniskowi ochroniarze, którzy przypatrują się nam z zaciekawieniem, znajdują tu jakąś rozrywkę, coś, co wyrywa ich z rutyny.

Kamil doskonale zdaje sobie sprawę, że statystowanie to nie przejście po czerwonym dywanie.
– Tylko dla niewielu może być to emocjonujące przeżycie. Ale co to za przeżycie, jeśli pojawiasz się w 1251 odcinku Samego życia w 10 minucie przez 12 sekund, pijąc sok jabłkowy udający szampana, i nikt cię nie zauważy? – pyta retorycznie.

Statystom wstęp wzbroniony

– Są dwie drogi do kariery w tej branży: szkoła aktorska bądź znajomości. Na pewno nie statystowanie. Ekscytujesz się wyłącznie, kiedy masz większą sekwencję do zrobienia, kiedy kamera podąża za tobą krok w krok, rejestrując każdy twój ruch. Albo gdy spotykasz jakąś gwiazdkę czy gwiazdeczkę. No i na dobry obiad można się czasami załapać – żartuje ze swoich przygód z wytwórnią złudzeń. – Poza tym statysta jest kimś z nadmiarem wolnego czasu, kimś szukającym atrakcji i nie wiedzącym, co chce w życiu robić albo kimś znużonym powszednim dniem. Dlatego nie pozostaje mu nic innego, jak testowanie siebie w różnych, a niechby filmowych rolach.

Przemysław Kot

 *Autor tekstu nie musiał się wcielać w żadnego statystę. I całe szczęście. Zadzwoniłem jednakże do agencji, dla której pracował Kamil i zapytałem o propozycję dla mnie. A jesteś dobrze zbudowany, ciężkie kamery możesz dźwigać? Podziękowałem. Telewizja okazuje się zbyt ciężkim kawałkiem chleba.

Słowa kluczowe: statysta praca telewizja dom nad rozlewiskiem teleturniej serial zarobki
Komentarze
Redakcja dlaStudenta.pl nie ponosi odpowiedzialności za wypowiedzi Internautów opublikowane na stronach serwisu oraz zastrzega sobie prawo do redagowania, skracania bądź usuwania komentarzy zawierających treści zabronione przez prawo, uznawane za obraźliwie lub naruszające zasady współżycia społecznego.
  • świetne [0]
    olynka
    2010-05-20 01:27:39
    Dobry artykuł, szkoda tylko tak bardzo, że aż tak prawdziwy. Statystowania to zabawa na raz, może na dwa razy, ale nie jest to na pewno droga do kariery...
Zobacz także
Jak Polacy Niemcom Żydów mordować nie pomagali
Jak Polacy Niemcom Żydów mordować nie pomagali

Odważna i ambitna próba obalenia mitu Polski Niewinnej czy upiorne pomówienie wszystkich Polaków?

Studia w Indiach. Nie tak straszne jak je malują
Studia w Indiach. Nie tak straszne jak je malują

"Nigdy nie widziałem kraju, który zawierałby w sobie tyle kontrastów. Przepych, piękno i nieskazitelność z jednej strony, z drugiej bardzo łatwo przeradza się w straszną biedę i syf.".

Zdjęcie ślubne z Auschwitz
Zdjęcie ślubne z Auschwitz

„Moja kochana, kochana Margo, tulę Cię namiętnie do siebie i życzę Ci na święta wszystkiego najlepszego. Na zawsze Twój R. Co porabia mój mały uparciuch. Pisz mi dużo o nim. Moc ucałowań dla Was obojga!”.

Polecamy
Lwów - raj utracony czy miasto demoludów?
Lwów - raj utracony czy miasto demoludów?

Oddalona zaledwie 80 kilometrów od wschodniej granicy Polski milionowa ukraińska metropolia to miasto, w którym 30-centymetrowe dziury są chlebem powszednim, alkohol można pić pod miejskim ratuszem, a do każdej zakupionej butelki wódki ekspedientki dodają plastikowe kubki gratis.

Gotowałem dla Breżniewa
Gotowałem dla Breżniewa

Sam rozbrajał niewybuchy z drugiej wojny światowej, śpiewał w La Scali u boku Pavarottiego i był pierwszym Polakiem w kosmosie, jeszcze przed Hermaszewskim.

Ostatnio dodane
Jak Polacy Niemcom Żydów mordować nie pomagali
Jak Polacy Niemcom Żydów mordować nie pomagali

Odważna i ambitna próba obalenia mitu Polski Niewinnej czy upiorne pomówienie wszystkich Polaków?

Studia w Indiach. Nie tak straszne jak je malują
Studia w Indiach. Nie tak straszne jak je malują

"Nigdy nie widziałem kraju, który zawierałby w sobie tyle kontrastów. Przepych, piękno i nieskazitelność z jednej strony, z drugiej bardzo łatwo przeradza się w straszną biedę i syf.".

Konkurs Ziaja