Czytelnia - Naszym zdaniem

Roman Graczyk rozbroi lustracyjną bombę?

2007-02-14 11:02:30

 W 2007 roku Polskę czeka zmiana sposobu przeprowadzania lustracji. Nowa ustawa lustracyjna, przygotowana przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego, wejdzie w życie w marcu. Zanosi się więc na to, że lustracja w bieżącym roku będzie tematem jeszcze bardziej gorącym, niż w latach minionych. Książka Romana Graczyka "Tropem SB. Jak czytać teczki" może być bardzo przydatna w poruszaniu się po lustracyjnym labiryncie.

Graczyk do niedawna był publicystą "Gazety Wyborczej". Coraz większe różnice w kwestii lustracji skłoniły go jednak do rozstania się z "GW". Można się było więc spodziewać, że w książce poświęconej sposobom rozliczania z polską komunistyczną przeszłością Graczyk jednoznacznie poprze poglądy obecnie rządzących, dla których przeszłość jawi się jako proste, manichejskie wręcz starcie między złymi komunistami a znękanym, przestraszonym, ale i godnym społeczeństwem.

Lektura książki rozwiewa jednak te domniemania. Graczyk bowiem, przedstawiając owoce swojej kwerendy w archiwach krakowskiego IPN na temat inwigilacji środowiska Znaku przez komunistyczne specsłużby w latach 60., pisze niekiedy zaskakująco - jak na zdecydowanego zwolennika radykalnej lustracji - rozważnie, ważąc racje i próbując wniknąć w motywy współpracy z SB.

W książce tej Graczyk przedstawia losy czterech ludzi, zbliżonych do środowiska Znaku i Tygodnika Powszechnego - Antoniego Ochęduszki, Józefa Wilgi, Stefana Pappa i Wacława Dębskiego. Każdy z nich uwikłał się we współpracę, każdy z nich - może poza Dębskim - próbował się z tej współpracy wyrwać. Czy to poprzez przekazywanie całkiem nieistotnych informacji, czy to unikając kontaktów czy wreszcie poprzez zmianę miejsca zamieszkania. Autor opisuje nam ich losy, robiąc to w sposób zaskakująco wyważony i rzetelny.
 
Prezentując wnioski wyciągnięte ze zbadanych dokumentów, Graczyk rzetelnie opisuje postępowanie indagowanych przez SB ludzi. Mimo, że opisywane przez niego postacie uwikłały się poniekąd we współpracę i dostarczyły SB cennych informacji, Graczyk jest daleki od nazywania ich agentami. Wydaje się rozumieć, że ludzie ci - pamiętający terror, jaki siał poprzednik SB, czyli Urząd Bezpieczeństwa, aż do odwilży października '56 - zwyczajnie i po ludzku obawiają się zdecydowanie odeprzeć zakusy służb. Autor stara się też zrekonstruować sposób myślenia ludzi żyjących w PRL lat 60. Wtedy to komunistyczne państwo wydawało się być niemożliwe do wywrócenia, a Okrągły Stół czy przełom demokratyczny wydawały się być wątkami równie realistycznymi, co bajka o wilku i zającu. Dominował pogląd, że państwo jest, jakie jest, ale należy z nim współpracować. To Graczyk wydaje się rozumieć.

Rzetelność, rozwaga przy ocenie ludzkich postaw i rozwaga to niewątpliwie zalety książki Graczyka. Podobnie jak i rozdział, w którym autor przybliża terminologię, którą służby posługiwały się w swoich dokumentach. Ta wiedza może być bardzo przydatna, zwłaszcza w kontekście zbliżającego się wejścia w życie nowej ustawy lustracyjnej. Zakłada ona, że każdy obywatel będzie miał dostęp do dokumentów specsłużb. Bez choćby minimalnego przygotowania metodologicznego poruszanie się po esbeckich papierach będzie zwykłym błądzeniem po omacku i prowadzić do całkowicie błędnych wniosków. Wiedza zawarta w książce Graczyka może być więc przydatna dla chętnych do szperania w papierach.

W końcowej części książki Graczyk pokazuje już swoją sympatię dla nowych rozwiązań lustracyjnych. Jego zdaniem, danie każdemu obywatelowi prawa do wglądu w archiwa SB pozwoli uniknąć dzikiej lustracji. Każdy będzie mógł zerknąć w papiery i wyrobić sobie sąd. Dokumenty będą jawne i nie będzie miejsca na wyciąganie agenturalnych haków. Moim zdaniem, to dość wątpliwe twierdzenie.

Jakoś ciężko wyobrazić sobie, by przysłowiowy Jan Kowalski, dowiedziawszy się o zarzutach o agenturalną przeszłość kogoś ze swoich bliskich czy zgoła sąsiada, pojedzie do najbliższego IPN i zacznie siedzieć nad papierami, by rozwiać swoje wątpliwości. Idę o zakład, że zwykły Kowalski może będzie targany wątpliwościami, ale nie spróbuje ich rozwikłać. Dla niego oskarżony zostanie agentem, człowiekiem skazanym na cywilną śmierć.

Po drugie, Graczyk twierdzi także, że w latach 60. nie było możliwości, by ktoś uwikłał się we współpracę nieświadomie. Upiera się też, że esbeckie papiery są w 100% wiarygodne, bo przecież to m. in. na ich podstawie PZPR podejmowała ważne polityczne decyzje. Jednocześnie zaznacza, że nie wie, jak to jest z papierami z lat 80, bo "nie ślęczał za nimi zbyt długo". Mimo to, jest całkowicie pewny swojej opinii.

To też rodzi wątpliwości. Historycy niejednokrotnie wskazywali, że esbeckie papiery nie są źródłem prawdy objawionej, a SB często w swoich aktach koloryzowała rzeczywistość, żeby wykazać się przed swoimi mocodawcami na najwyższym szczeblu. Ponadto, wiemy już, że w latach 80. szef MSW Czesław Kiszczak wydał instrukcję nr 0018/82. W jej myśl oficerowie służb mieli ukrywać w raportach, że źródłem ich informacji są podsłuchy. Mieli za to pisać fałszywe donosy tajnych współpracowników. W świetle tej wiedzy trudno się upierać, że papiery SB są źródłem tylko i wyłącznie historycznej prawdy. A ferowanie wyroków na ich podstawie może być ryzykowne.

Kontrowersje budzą także wątpliwości Graczyka na temat wpływu SB na doktrynę polityczną tzw. Neo-Znaku i jego lidera, Stanisława Stommy. Autor opisuje dokumenty, z których wynika, jak służby próbowały rozgrywać kwestie personalne w środowisku bliskiego Znakowi i "TP" krakowskiego Klubu Inteligencji Katolickiej. Opisuje, jak agenci mieli "wyciąć" (co im się zresztą udało) zwolennika ostrego oporu wobec komunistów, Kazimierza Bugajskiego. Osłabienie radykałów miało oczyścić pole dla zwolenników - takich jak Stomma - umiarkowanej współpracy z komunistycznymi władzami. Graczyk sugeruje, że rola wpływu bezpieki na to środowisko i jego poglądy powinna być szerzej zbadana.

Środowisko skupione wokół Stommy, w zamian za częściową akceptację rządów komunistycznych, starało się poszerzać pole politycznej swobody. Przejawem tej ugody było to, że środowisko Znaku - jako jedyna niekomunistyczna siła - miało swoje miejsce w Sejmie PRL. Dzięki - lichej, bo lichej, ale jednak - niezależności, grupa Stommy starała się poszerzać pole debaty publicznej i przemycać demokratyczne poglądy do politycznych dyskusji. Taka postawa wynikała z niechęci do narodowowyzwoleńczych zrywów, które nie przynoszą niczego poza rozlewem krwi i zaciśnięciem pętli represji.
Ale trzeba też zauważyć, że Znak nie poszedł na całkowitą ugodę z komunistami, jak choćby katolicki PAX, który był religijnym ramieniem systemu. Znak owszem, godził się na współistnienie, ale miał zupełnie inne ideały i jeśli chodziło o fundamentalne zagadnienia aksjologiczne, nie szedł na żadne ustępstwa wobec komunistycznego rządu.

Taka była doktryna Znaku. Za bardzo wątpliwie można więc uznać domniemania, że taki zestaw poglądów był li tylko owocem wichrzenia służb.

Mimo tych wątpliwości, książkę Romana Graczyka można polecić każdemu. I zwolennikowi, i przeciwnikowi lustracji. Nade wszystko pozwala ona bowiem zrozumieć racje i tych, którzy są za jak najgłębszym odkrywaniem ciemnych kart komunistycznej przeszłości, jak i tych, którzy uważają lustrację za proces skupiony głównie na ocenie skrzywdzonych, nie krzywdzących. Ta książka jest solidnym zbiorem argumentów do publicznej debaty o lustracji. Może też być pomocna w naprawianiu skutków wybuchu lustracyjnej bomby.

Roman Graczyk, "Tropem SB. Jak czytać teczki", Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Kraków 2007

Łukasz Maślanka

(lukasz.maslanka@dlastudenta.pl)



Recenzja sporządzona dzięki uprzejmości Społecznego Instytutu Wydawniczego Znak 





 
Słowa kluczowe: Roman Graczyk "Tropem SB. Jak czytać teczki?"lustracja polityka Polska
Komentarze
Redakcja dlaStudenta.pl nie ponosi odpowiedzialności za wypowiedzi Internautów opublikowane na stronach serwisu oraz zastrzega sobie prawo do redagowania, skracania bądź usuwania komentarzy zawierających treści zabronione przez prawo, uznawane za obraźliwie lub naruszające zasady współżycia społecznego.
Zobacz także
Z Polską i Ukrainą jest jak z barszczem
Z Polską i Ukrainą jest jak z barszczem

Ukraiński borszcz jest gęstszy, bardziej wyrazisty i bardziej sycący. Jest mieszanką wszystkiego, co najlepsze i wszystkiego, co akurat znajdzie się pod ręką. Jak sama Ukraina – zaskakująca mieszanka narodowa, historyczna i tożsamościowa.

"System Białoruś" Andrzeja Poczobuta
"System Białoruś" Andrzeja Poczobuta

„Państwo to JA!” - mawiał Ludwik XIV, absolutny władca Francji i Francuzów. Podobnie może mówić dziś o sobie Aleksander Łukaszenka, prezydent, władca i „baćka” Białorusi od 1994 roku.

"Obłęd'44" - nowa książka Piotra Zychowicza
"Obłęd'44" - nowa książka Piotra Zychowicza

Czyli jak Polacy zrobili prezent Stalinowi, wywołując Powstanie Warszawskie.

Polecamy
Ostatnio dodane
Z Polską i Ukrainą jest jak z barszczem
Z Polską i Ukrainą jest jak z barszczem

Ukraiński borszcz jest gęstszy, bardziej wyrazisty i bardziej sycący. Jest mieszanką wszystkiego, co najlepsze i wszystkiego, co akurat znajdzie się pod ręką. Jak sama Ukraina – zaskakująca mieszanka narodowa, historyczna i tożsamościowa.

"System Białoruś" Andrzeja Poczobuta
"System Białoruś" Andrzeja Poczobuta

„Państwo to JA!” - mawiał Ludwik XIV, absolutny władca Francji i Francuzów. Podobnie może mówić dziś o sobie Aleksander Łukaszenka, prezydent, władca i „baćka” Białorusi od 1994 roku.