My, społeczeństwo - Naszym zdaniem

Stany zjednoczone zepsutego świata

2006-01-12 00:00:00

 

fot. D. Lenartowicz

Zacznę cytatem z pewnej dyskusji: „Pisze się tysiące tekstów, prac itp. wywodzi się na tematy jak to jest fatalnie, dekadencko, płytko teraz… a nikt nie podaje rozwiązań, nie mówi jak ratować naszą społeczność...” - Monika Sidorowicz, była redaktor naczelna dlastudenta.pl.

To prawda, pisze się tysiące prac i tekstów traktujących o zgniliźnie współczesności, o zaniku tradycyjnych wartości, o cywilizacji śmierci, ogólnoświatowej makdonaldyzacji kultury, mediów, społeczeństw, globaliźmie i o wszystkich innych stu dwudziestu sześciu negatywnych procesach, zachodzących w dzisiejszym świecie. Martwią one naukowców, niepokoją księży. Trapią papieża Benedykta, wzbudzają demonicznych ajatollahów. Niepotrzebnie.

Zwykłym ludziom McDonald’s zapewnia chleb, Big Brother igrzyska. Hedonistyczne damskie i męskie kolorowe pisma w istocie nie są głupie. One tylko obnażają rzeczywistość – człowiek, „z natury Szatan”, bynajmniej nie spadł z nieba.

Czy jest sens, ba, czy jest w ogóle jakakolwiek możliwość, ratować ludzi przed człowieczeństwem? Czy społeczeństwa Zachodu, do których - wbrew pozorom - zalicza się również społeczeństwo polskie, potrzebują ratunku?

Dominacja. Zwyciężaj albo giń.

28 letnia Katarzyna. Senior Brand Manager w międzynarodowej korporacji XYZ Ltd. 200 tys. zł. netto rocznie. Pobudka codziennie o godzinie 6 rano, w biurze około 12-14 godzin, powrót do domu o godzinie 22. Szybka lektura o zarządzaniu zasobami ludzkimi (bo w sobotę szkolenie, będzie szef - trzeba błysnąć). Godzina 24 - spanie. Faceta brak. Dzieci brak. Zwierzątka domowego brak.

30 letni Piotr. Key Account Manager. Reszta jak u Kasi. Zamiast zasobów ludzkich szkolenie z zaawansowanych technik negocjacyjnych, zamiast braku faceta brak kobiety.

Katarzyna i Piotr są modelowymi młodymi wilczkami. Obywatelami globalnymi. Mieszkają w ekskluzywnym, chronionym osiedlu za wysokim murem i szlabanem. Jeżdżą trendy samochodami, noszą modne kubraczki, są w ogóle jazzy. Gdyby przeprowadzili się z Polski do Niemiec, Wielkiej Brytanii czy USA istota ich życia pozostałaby bez zmian. Czy to normalne, czy trzeba ich ratować? Skąd im się to wzięło?

Człowiek z istoty swojej pragnie być lepszy niż drugi. Jak u naszych krewnych, małp, rzecz rozgrywa się o zajęcie odpowiedniej (najlepiej dominującej) pozycji w stadzie. Każdemu z nas od najmłodszych lat towarzyszy jakieś stado. Najpierw tłuczemy się z kolegami w piaskownicy, później w szkole, a później ścieramy z „rywalami” w życiu zawodowym i po prostu – życiu w ogóle. Jak już załatwiamy sprawę w małym stadzie współpracowników w firmie, natychmiast pojawia się problem, że jeszcze na zewnątrz są lepsi, zasobniejsi, lepiej w piórka przyodziani.

Kasia i Piotr wydają się specyficznymi wytworami współczesnej cywilizacji, są potępianymi przez wielu, negatywnymi modelami. Tymczasem nie są ani specyficzni, ani tym bardziej godni potępienia. Uosabiają po prostu całkowicie ludzki, naturalny pęd do przebicia się przed tysiąc innych osób. Są silni, wygrywają. Słabi w tym odwiecznym wyścigu przegrają, przegrywali i przegrywać będą. Zawsze. Niezależnie od tego, jak wiele powstanie uczonych teorii na temat wyrównywania szans, bez względu na to, jak bardzo mocno będzie się za słabych i nieprzystosowanych modlił choćby sam papież. Dzięki modlitwom i uczonym słabi nie giną i żyje im się całkiem nieźle, co jest niewątpliwie „zasługą” współczesności a nie jej ciemną stroną.

Współczesność nie zmieniła ludzkich celów, zmieniła drogi doń wiodące. W dodatku dość nieistotnie, jeśli nie zapatrzeć się na telefony komórkowe, samochody, komputery, czyli narzędzia służące torowaniu sobie drogi w nowojorskiej dżungli. Parę lat wcześniej narzędziem był miecz, a jeszcze wcześniej zaostrzony kamień. Dziś jest palmtop. Różnica właściwie żadna, przy czym palmtop mówi damskim głosem, co niewątpliwie czyni go narzędziem przyjemniejszym od 20 kilogramowego, niemego kawałka żelastwa.

Prokreacja. Przekaż geny.

W kontekście współczesności wiele mówi się o tym, że młodzi tworzą luźne związki, że zanika instytucja rodziny w jej tradycyjnej formie, że coraz więcej ludzi wybiera najpierw karierę, a później dopiero myśli o dziecku, stałym partnerze i tak dalej. Czy w związku z tym trzeba bić w dzwony? W końcu normalną rzeczą jest, że zanim Adam wziął Ewę (zbieżność z Biblią bez znaczenia), najpierw miał możliwość nakarmić ją i ewentualne dziecko. Inaczej wziąłby ją Edek z jaskini obok, a Adam musiałby jeszcze trochę popracować nad swoim potencjałem. To po pierwsze.

Po drugie, mamy dziś rozwiniętą medycynę. Nawet w Polsce, wbrew pozorom, trzydziestodwuletnia kobieta może raczej bez obaw zajść w ciążę, urodzić dziecko i mieć 99% pewności, że dziecko to będzie żyło. Z drugiej strony lekarze i koncerny farmaceutyczne bez przerwy przedłużają średni czas życia, więc Adam nie musi się już spieszyć, by przed śmiercią w wieku lat 35 zdążyć wychować dziecko. Ma dużo więcej czasu. Zdąży, nawet jeśli dziecko pojawi się grubo po trzydziestce.

Po trzecie, luźne związki. Niebezpieczne – owszem. Te wszystkie rozstania, ponowne chwilowe wiązania, bezowocne (z punktu widzenia natury) namiętności gasnące równie szybko, jak się pojawiają – na poziomie jednostek chaos i brak stabilizacji. Czy jednak godne potępienia? Czy do chwilowego zamieszkiwania bez ślubu, wzajemnego sprawdzania się, można uczciwie zastosować nośne hasła „upadku obyczajów”, „moralnej naganności”? Czy bardziej moralne było wydawanie piętnastoletniej księżniczki za siedemdziesięcioletniego króla? Czy król i królowa, układający zgodnie z prawem i dobrym obyczajem dynastyczny mariaż ledwie narodzonych dzieci, byli bardziej moralni? Było małżeństwo do samego końca małżonków, były dzieci, bywało miło, bywało tragicznie. Zdrada małżeńska była czymś zupełnie oczywistym. Król miał naście kochanek (lub kochanków) – trzy dwórki, dwie szafarki, hrabinę oraz pięć kuzynek. I wszystko było w porządku, bo każda z osób dramatu miała swoją prawowitą, zaślubioną drugą połowę.

Tymczasem współcześnie mamy sytuację niemoralną, niezgodną z odwiecznymi przykazaniami. Oto zgniła cywilizacja dała nam swobodę wyboru. Chcemy, to się żenimy. Z kim chcemy i kiedy chcemy. Nie chcemy, to się nie żenimy. Przeżywamy namiętności, płomienne miłostki, rozczarowania i dramaty. Upadki i wzloty. Bo tak zadecydowaliśmy. Po kilku, czy kilkunastu latach beztroskich pląsów i tak osiądziemy. Prędzej, czy później uznamy, że jednak chcemy, by ktoś nas trzymał za rękę, gdy będziemy umierać.

Kończąc wątek warto wspomnieć, że wysoko rozwinięte (czyli wg lamentujących szczególnie godne współczucia i wymagające interwencji „pogotowia moralnego”) społeczeństwa, wraz z błyskawicznym postępem cywilizacyjnym docierają do jej prapoczątków. W Skandynawii problem luźnych związków i niechęci młodych do instytucji małżeństwa zapoczątkował dyskusję na temat poligamii. Czy nie warto byłoby pozwolić ludziom na posiadanie kilku żon, kilku mężów? To wbrew pozorom nie jest pytanie z dziedziny science fiction. To pytanie o dalsze uwolnienie człowieka i jego człowieczeństwa, o powrót do źródeł, do natury.

Duchowość. Rozwiń swe wnętrze.

Najbardziej jaskrawym przejawem upadku współczesnych społeczeństw określa się często zanik sfery duchowej. Otóż mamy jej w sobie tyle, ile nam trzeba. I takiej, jakiej nam potrzeba. Zresztą, czy jesteśmy mniej uduchowieni, niż nasi przodkowie? Czy mniej kochamy? Czy jesteśmy mniej kulturalni? Czy nasze życie wewnętrzne jest uboższe w stosunku do naszych pradziadów?

Szczerze wątpię. Śmiem twierdzić, że i w tym zakresie niewiele się zmieniło. Nasza cywilizacja śmieci różni się od starych, dobrych czasów tym, że kiedyś rozrywką mas był jarmarczny, zdeformowany błazen, przedrzeźniający króla, teraz natomiast tłum załatwia potrzeby duchowe w multipleksie oglądając kolejny atak klonów, z lubością racząc się popcornem zapijanym napojem gazowanym typu cola. Z tym, że w zakresie duchowości znowu paradoksalnie (z punktu widzenia stawianych współczesności zarzutów) społeczeństwa są w lepszej niż kiedyś sytuacji. Dziś na ogół lud umie czytać. Nic więc nie stoi na przeszkodzie, by uduchowiał się masowo na przykład za pomocą książek. Dawniej, kiedy rzekomo było w tym zakresie lepiej, czytać umiał co pięćsetny. Czterystu dziewięćdziesięciu dziewięciu innych uduchowiało się zatem, z przyczyn obiektywnych, niedzielnym jarmarkiem. Można narzekać jedynie na to, że mimo piśmienności narodów, mało kto z umiejętności czytania korzysta. Ale to nie kwestia cywilizacji, tylko znowu człowieczeństwa. Po co sobie utrudniać życie, wprowadzać komplikujący element między dominuj - prokreuj.

Tak zwana duchowość jest najwidoczniej marginesem naszego wnętrza, skoro przy niemal powszechnej możliwości rozwoju duchowego, mało kto z tego dobrodziejstwa korzysta. A jeśli już, to zwykle w zakresie dość mocno ograniczonym.

I jest tak, jak zawsze było. Jest pewna grupa ludzi, którzy zgłębiają, drążą, czytają, oglądają obrazy zmuszające do myślenia nieco bardziej abstrakcyjnego. Całej reszcie duchowość wisi, tak, jak zawsze wisiała (a zupełnie wcześniej nie wiedziała nawet, że jej wisi).

Satysfakcja. Rób sobie dobrze.

Nie jest fatalnie, nie jest nawet źle. Choć w butach od doktora Martensa i kurtkach z goreteksu, jesteśmy wciąż bardzo blisko naszych protoplastów. Od wieków człowiek staje przed wielkimi, tymi samymi wciąż wyzwaniami. Wyciąć sobie drogę w dżungli. No to wycinamy. Cóż, że dżunglą jest współcześnie wielka metropolia? Zjeść, upolować zwierza. No to jemy, cóż, że w barach szybkiej obsługi i polowanie ktoś załatwia za nas? Rozmnożyć się. Nic prostszego. Cóż, że możemy to szczegółowo zaplanować i że załatwimy to trzy lata później niż pięćdziesiąt lat temu? Rozerwać się, uduchowić. Proszę bardzo.

Czy należy obrażać się na cywilizację za to, że nam to wszystko ułatwia? Za to, że wciąż te same potrzeby załatwiamy po prostu innymi narzędziami, w innym otoczeniu, w budynkach z aluminium i szkła zamiast w glinianych ziemiankach?

Odczuwamy satysfakcję z dokładnie tych samych powodów, co sto, dwieście, czy pięć tysięcy lat temu. Usatysfakcjonowany człowiek to z reguły taki, który „zrobił” dom, spłodził potomka, zdobył jakąś pozycję w stadzie. Są oczywiście tacy, którzy osiągają satysfakcję na innych zasadach, na przykład leżąc na łóżku nabitym gwoździami zespalają się z absolutem. Oni też jak są teraz, tak byli od zawsze. I zawsze było ich jednak trochę mniej.

Co tu naprawiać? Kogo ratować i przed czym? Człowieczeństwa nie oszukamy.

Michał Dębek
michal@dlastudenta.pl

06.01.2006

Komentarze
Redakcja dlaStudenta.pl nie ponosi odpowiedzialności za wypowiedzi Internautów opublikowane na stronach serwisu oraz zastrzega sobie prawo do redagowania, skracania bądź usuwania komentarzy zawierających treści zabronione przez prawo, uznawane za obraźliwie lub naruszające zasady współżycia społecznego.
Zobacz także
Zanieczyszczone powietrze nie mniej groźne niż papierosy[WIDEO]
Zanieczyszczone powietrze nie mniej groźne niż papierosy[WIDEO]

Pyły obecne w powietrzu są drugim po paleniu tytoniu czynnikiem, który powoduje występowanie chorób układu oddechowego.

Kontrowersyjny film straszy Hitlerem [WIDEO]
Kontrowersyjny film straszy Hitlerem [WIDEO]

Kontrowersyjny film sprawił, że temat nienawiści został w końcu nagłośniony.

Prasa o zdrowiu, kuchni i histori podbija polski rynek![WIDEO]
Prasa o zdrowiu, kuchni i histori podbija polski rynek![WIDEO]

Dużym zainteresowaniem czytelników cieszą się gazety o kuchni i gotowaniu.

Polecamy
Być kobietą, być mężczyzną.
Być kobietą, być mężczyzną.

Czy mężczyzna koniecznie musi być strażakiem a kobieta przedszkolanką?

Duchowy atlas kulinarny dóbr kultury nieagrarnej
Duchowy atlas kulinarny dóbr kultury nieagrarnej

Czy można i warto uczestniczyć w życiu kulturalnym za niewielkie pieniądze?

Ostatnio dodane
Zanieczyszczone powietrze nie mniej groźne niż papierosy[WIDEO]
Zanieczyszczone powietrze nie mniej groźne niż papierosy[WIDEO]

Pyły obecne w powietrzu są drugim po paleniu tytoniu czynnikiem, który powoduje występowanie chorób układu oddechowego.

Kontrowersyjny film straszy Hitlerem [WIDEO]
Kontrowersyjny film straszy Hitlerem [WIDEO]

Kontrowersyjny film sprawił, że temat nienawiści został w końcu nagłośniony.