Polityka bez ściemy - Naszym zdaniem

Sikorka wyleciała do Berlina...

2011-12-02 12:53:47

Przemówienie Radosława Sikorskiego w Berlinie wywołało sprzeczne reakcje na naszym polskim poletku. Jak ostatnie lata zdążyły nas już do tego przyzwyczaić - mamy do czynienia z nieokiełznanym zachwytem tak zwanego „salonu” i potępieniem w czambuł ze strony kontestującego tenże salon prawicowego obrzeża. W sumie nie tyle obie te opcje dziennikarskie komentują samą sprawę, ale siebie wzajemnie i swoje reakcje. Ze świecą można szukać nie formalnej czy teoretycznej analizy słów ministra spraw zagranicznych, ale faktycznej. Co one oznaczają i czemu służą?

Dla PiS i frakcji wyłomowej z tej partii, Polski Solidarnej, to jasne: nastąpiło podejrzenie o zdradę, stanu a Radosław Sikorski powinien zostać pozbawiony stanowiska za łamanie polskiej konstytucji: proponował bowiem zrzeczenie się suwerenności. O zgrozę przyprawiła ich informacja, że przemówienie było wprzód znane premierowi. Potwierdza to w ich mniemaniu tezę o sprzedaniu przez obecny rząd kraju i sprzeniewierzenie się podstawowym interesom.

Dla PO i większej części komentatorów, w tym zagranicznych, to „ważny głos Polski” w kwestii obecnego kryzysu i sposobu wyjścia z niego poprzez większą integrację i skierowanie Europy ku faktycznemu federalizmowi.

Pomiędzy tymi skrajnymi opcjami lawirują zaś próbujący dotrzeć do meritum, którzy roztrząsają czy wizja takiej Europy, jaką przedstawił Sikorski ma, czy też nie ma sensu. Krytykują więc a to wspólne listy do Parlamentu Europejskiego, a to przyznanie nowych kompetencji Komisji czy wyśmiewają kulawe porównania do dawnej Jugosławii, które w fałszywy sposób opisują przyczyny rozpadu tej federacji. Osobne akapity zaś poświęcają karceniu ministra za fatalną formę - oto bowiem część expose premiera o polityce zagranicznej zamiast zostać wypowiedziana przez niego w Sejmie, znalazła się w przemówieniu jego ministra w Berlinie! Jest to nie tyle uchybienie, gafa, co po prostu skandal.

Problem w tym, że to wszystko nie jest tak naprawdę tym, o co w przemówieniu Sikorskiego chodziło. I trudno w sumie znaleźć jakikolwiek głos, który próbowałby zadać pytanie o praktyczne skutki tej mowy? Co ona naprawdę oznacza? Bo polityka zagraniczna nie polega na tym, że ktoś przyjdzie i co mu w głowie się urodzi, to może wprowadzić. Zawsze kończy się to bolesnym rozczarowaniem. Państwa działają w określonych warunkach i mają określone interesy. Nie da się tego zignorować i prowadzić politykę „od czapy”, gdyż to nie przyniesie żadnych efektów. Czy to się komuś podoba czy nie, fakt posiadania określonego lidera akurat w danym momencie na szczycie ma mniejsze znaczenie niż mogłoby się wydawać. Realia robią swoje.

Więc co robią te realia? Sprawiają one, że powyższe przemówienie jest tylko zasłoną dymną, typową dyplomatyczną grą, jaka Polska podjęła.

Należy zwrócić uwagę na fakt, że przemówienie było opracowywane od kilku miesięcy i wielokrotnie konsultowane wewnątrz MSZ i z rządem. Pominięto w tym prezydenta, ale nie jest to zaskakujące ze względu na stosunek Platformy do tego urzędu (cieć od żyrandoli). Jednocześnie, pomimo że było ono już od dawna gotowe, Polska nie zajmowała żadnego stanowiska w sprawie kryzysu euro ani sposobów jego rozwiązania, za to sprzeciwiała się próbom wykluczenia krajów UE nie będących częścią strefy wspólnej waluty z prawem do decydowania o jej przyszłym kształcie. Ta marginalizacja doprowadziła wręcz do tego, że nasza prezydencja stała się kompletną farsą, nawet jak na standardy polizbońskie, gdzie ma ona mniejsze niż kiedyś znaczenie. Polska się nie liczyła. Były tylko Francja i Niemcy; kraje finansowo zwasalizowane jak Grecja, Hiszpania czy teraz Włochy oraz bezsilnie oburzające się na ten frankogermański dyktat jak Wielka Brytania. Sęk w tym, że Paryż od pewnego czasu miał zupełnie inne zdanie niż coraz bardziej asertywny Berlin i na wskutek przebiegu kryzysu ich interesy zaczęły się drastycznie rozchodzić. Obie stolice blokowały swoje inicjatywy i marnowały czas. Reszta zaś krajów była bezsilna, oczekując na wynik tego przeciągania liny. Zdominowana przez te dwa ośrodki władzy Unia stała się fasadą. Nikt przecież nie pyta, co zrobi teraz Jose Manuel Barroso, bo Komisja Europejska czy Parlament to jakiś żart, ich zdanie kompletnie nie jest brane pod uwagę i pełni rolę coraz bardziej żałosnego listka figowego.

I w tym momencie wchodzi Polska, popierając w tym sporze Niemcy. Model federalistycznej Europy, jaki zaproponował Sikorski to wypisz wymaluj powtórzenie tego, co od dłuższego czasu postulują partie niemieckie. Nie oznacza jednak żadnego faktycznego poparcia „niemieckiej federacji europejskiej”, jak ten projekt ochrzczono, bo Polska ogłosiła swoje stanowisko na ostatnim zakręcie prezydencji, przed oddaniem jej w ręce krajów, które nie tylko się takim pomysłom sprzeciwiają, ale jeszcze mają konstytucyjnie zagwarantowaną niezależność swojego prawa nad unijnym (Dania). Pomysł takiej federacji wywołuje  zaś konwulsje we wszystkich stolicach Europy, łącznie z Paryżem. Jest więc jasne, że nie padnie on na podatny grunt. Mało tego - jest kompletnie nierealistyczny (wspólna lista europejska do Parlamentu) i niespójny (sformułowania o politycznym narodzie europejskim, podczas gdy takowego nie ma; oddanie kontroli budżetów KE, ale zatrzymanie prerogatyw fiskalnych w gestii państw członkowskich). Po co więc to proponować? Po co, skoro nie można tego wprowadzić, nikt się nie zgodzi i nie przyniesie to korzyści nikomu?

Z bardzo prostego powodu. Bo to się podoba Niemcom i ich pozytywnie zaskoczy, przysłaniając zupełnie inne słowa tego przemówienia. Te, w których Sikorski oświadcza, że Polska poprze Niemcy w ich projekcie reformy strefy euro pod warunkiem, że dopuści Polskę do współdecydowania o jej przyszłości. I chodzi o konkrety - prerogatywy budżetowe KE, automatyzm kar w razie przekroczenia limitów deficytu i zadłużenia.

W międzyczasie Sikorski Niemcom wytyka wszystkie ich błędy, ale czyni to w sposób taktowny i zawoalowany, choć jak na standardy dyplomacji dosadny i kpiarski. Na co się uskarża? Na nieprzychylną Polsce politykę zagraniczną (Nordstream), szydząc że Berlin nie zdaje sobie sprawy, że jego handel z Polską jest kilkakrotnie większy niż ten z Rosją. Przypomina też, że to Niemcy były pierwsze do łamania postanowień traktatów w imię własnego interesu, zanim to zrobili Grecy, a do tego w obecnej sytuacji chcą samolubnie czerpać tylko korzyści z nieszczęścia innych krajów (narzucenie władzy Berlina nad budżetami krajów peryferyjnych), ale nie chcą ponieść pełnej odpowiedzialności za takie działanie jak brak zezwolenia na euroobligacje. W efekcie zamiast pomagać sobie, szkodzą i prowadzą Unię na skraj przepaści, gdy tymczasem najwięcej na niej skorzystali i najwięcej mogą stracić. Tak samo jak w relacjach Niemcy-Rosja, gdzie krótkowzrocznie popierają pomysły Moskwy, szkodząc swoim długofalowym interesom o znacznie większej magnitudzie w Polsce.

Czy którykolwiek z tych wątków pojawił się w komentarzach w naszym kraju? Ależ skąd. Nikomu się nie chciało przebić przez gładkie słowa i dyplomatyczne sformułowania. Skupiono się na nieistotnych retorycznych zabiegach, podchodach i wytrychach, które miały służyć przekazaniu konkretnej treści i wywołania pewnego efektu.

Tym efektem jest stworzenie alternatywy dla Niemiec względem ich sporu z Francją o przyszłość euro. Warszawa zaoferowała wsparcie partnera słabszego i bardziej spolegliwego, z którym Niemcom, przy użyciu unijnych instytucji, będzie łatwiej wprowadzać swoją wizję Europy niż z oporną i silną Francją. Powstaje alternatywa dla tandemu franko-germańskiego. Dokooptowanie posłusznej Niemcom Polski zmienia układ sił. W zamian Polacy żądają, by dopuścić ich do decydowania o strefie euro, do której mają zamiar przystąpić, by zagwarantować sobie choćby minimum bezpieczeństwa w tym względzie. By nie okazało się tak jak przy limitach CO2 czy stoczniach, że oczekiwaliśmy wyroków sądów i państw jak cielęta na rzeźnika.  W ten sposób Polska zaoferowała się jako swoista pałka, którą można pogrozić Sarkozy’emu. Nie jest to oczywiście jakaś realna alternatywa (nie jesteśmy i nie będziemy dla Niemiec prawdziwym partnerem, równorzędnym krajem), ale zabieg taktyczny, wybieg negocjacyjny pozwalający przesunąć balans europejski na korzyść Niemiec w zamian za koncesję dla Warszawy. W obecnej sytuacji Francja nie ma zaś czasu, by skonstruować kontrkoalicję np. z Włochami czy Hiszpanią. Zresztą podobna koalicja miałaby małą wiarygodność na rynkach ze względu na swoją fatalną sytuację zadłużeniową. Wielka Brytania zaś to partner zbyt niezależny i nieprzewidywalny o diametralnie innym spojrzeniu, dodatkowo w nienajlepszej sytuacji finansowej, by mógł stanowić realną przeciwwagę dla Berlina z poparciem Warszawy (i całkiem możliwe, że wkrótce i Szwecji, która wysyłała podobne jak Polska sygnały). Wszystko dzięki rynkowej apokalipsie, która drastycznie zmieniła równowagę sił w Europie sprawiając, że znacznie biedniejsza i mniejsza Polska może grać w grze większej od siebie.

Jednocześnie jest to oficjalne i bardzo silne poparcie proniemieckiego kursu Polski. Do tej pory Polska starała się grać niezależnie, jednak mając za mało atutów i będąc „żebrakiem wpuszczonym na salony” było jej po wejściu do Unii niezmiernie trudno odnaleźć się w jej strukturach i zasadach działania, którym bliżej do koncertu mocarstw niż idyllicznej wizji integracji (jaka to nieodpowiedzialnie serwują w mózgi Polakom nasze media). Zasada Władysława Bartoszewskiego, że jest się „brzydką panną, ani urodziwą ani posażną, to chociaż niech ta panna będzie miła”, przestała dawać jakiekolwiek rezultaty dawno temu, zaś twarda walka o swoje interesy jak równy z równym szybko doprowadziła do wyczerpania opcji koalicyjnych i izolacji Polski. Mimo pewnych sukcesów była to gra na dłuższą metę nie do utrzymania. W efekcie próby realizowania swojego interesu narodowego na Wschodzie (wciągnięcia Ukrainy do współpracy i wyrwania Białorusi z dyktatury, a tych obydwu z strefy wpływów rosyjskich) nie miały poparcia. Nawet grając razem z Szwecją nie można było pokonać oporu materii. Wobec tego należało znaleźć mocniejszych sojuszników.

Pytanie tylko, czy ten sojusznik nie jest dla Polski za silny? Czy uda się zgrać interes Berlina z interesem Warszawy? Czy może ten zwrot skończy się dla Polski nieciekawie - przede wszystkim otwarciem na penetrację rosyjską wschodu Europy? To ryzyko, które rząd Tuska podjął, stwierdzając (słusznie czy nie), że jest mniejsze (a jego skutki mniej kłopotliwe) niż próba budowania niezależnej koalicji środkowoeuropejskiej z ewentualnym poparciem Londynu opierającej się i nierozsądnemu zachowaniu Niemiec i imperialistycznej Rosji. Zwyciężyła inna koncepcja geopolityczna, coś, co Sikorski swego czasu nazwał „polityką piastowską” czy tez „byciem jednym z admirałów”, która w praktyce sprowadza się do bycia unijnym giermkiem Niemiec, licząc na przychylność wobec własnej polityki na Wschodzie. Jest to, biorąc pod uwagę dysproporcję sił, stąpanie po kruchym lodzie. Czas pokaże, czy słusznie wybrano.

Pewne jest jedno - skupianie się na federalistycznych fantasmagoriach w obliczu tych przesunięć na arenie europejskiej wydaje się nieporozumieniem.

Jerzy Zarzycki

Słowa kluczowe: radosław sikorski przemówienie berlin msz polska niemcy relacje unia europejska suwerenność euro
Komentarze
Redakcja dlaStudenta.pl nie ponosi odpowiedzialności za wypowiedzi Internautów opublikowane na stronach serwisu oraz zastrzega sobie prawo do redagowania, skracania bądź usuwania komentarzy zawierających treści zabronione przez prawo, uznawane za obraźliwie lub naruszające zasady współżycia społecznego.
  • okropny pseudoanalityczny bełkot [0]
    V
    2013-05-31 10:17:41
    Wazeliniarski artykuł pod pozorem krytykowania ministra R.Sikorskiego. A tu sprawa jest prosta: polskiemu szefowi MSZ nie wolno było wypowiedzieć poglądu, że Polska powinna się zrzec suwerenności. Taki gościu nie powinien być ministrem, ani nawet zwykłym urzędnikiem MSZ. Wstyd i hańba!
Zobacz także
Wybory prezydenckie 2015. Polacy będą głosować dla żartu?
Wybory prezydenckie 2015. Polacy będą głosować dla żartu?

"Spodziewam się, że w czasie wyborów prezydenckich będziemy mieli wiele przypadków głosowania psotnego".

Nowa partia Janusza Korwin-Mikkego ma nazwę. Nie zgadniecie jaką
Nowa partia Janusza Korwin-Mikkego ma nazwę. Nie zgadniecie jaką

Poznaliśmy nazwę nowej partii założonej przez Janusza Korwin-Mikkego.

W niedzielę wybory. Kto wygra w twoim mieście? [OSTATNIE SONDAŻE]
W niedzielę wybory. Kto wygra w twoim mieście? [OSTATNIE SONDAŻE]

„Gazeta Wyborcza” opublikowała ostatni przedwyborczy sondaż. Jak się okazuje, faworytami w wyścigu o tytuł prezydenta miasta są dotychczasowi gospodarze.

Polecamy
Ostatnio dodane
Wybory prezydenckie 2015. Polacy będą głosować dla żartu?
Wybory prezydenckie 2015. Polacy będą głosować dla żartu?

"Spodziewam się, że w czasie wyborów prezydenckich będziemy mieli wiele przypadków głosowania psotnego".

Nowa partia Janusza Korwin-Mikkego ma nazwę. Nie zgadniecie jaką
Nowa partia Janusza Korwin-Mikkego ma nazwę. Nie zgadniecie jaką

Poznaliśmy nazwę nowej partii założonej przez Janusza Korwin-Mikkego.