Reportaż - Naszym zdaniem

Miejsce bez przeszłości

2009-10-26 15:05:46

 Obraz Kosowa w mojej głowie nie wychodził poza sztywne ramy stereotypów. W jakim może być stanie kraj, w którym 10 lat temu skończyła się wojna? Po przekroczeniu granicy, z okien nie było widać żadnych śladów walki. Przed nami rozciągały się wielkie niezagospodarowane przestrzenie, na których nikt nie uprawiał ziemi na większą skalę. Otoczyła nas pustka, czasem przecinana osamotnionymi fabrykami wyglądem sprawiające wrażenie, jakby znalazły się tam przypadkiem.

Moje rozważania przerwał głos celnika, który wszedł do naszego autobusu na macedońskich rejestracjach. Gdy lekko przestraszona wyjmowałam paszport, on z bezbłędnym angielskim i miłym uśmiechem zapytał, jak się mam? Właśnie przekroczyłam granicę, która nie wiadomo, czy istnieje. Całkiem oszalałam.

Dojechaliśmy do Prisztiny, w której ciasno, jedna obok drugiej stały nowoczesne budowle. Pomyślałam, że właśnie tak może wyglądać miasto, które w ponad dziewięćdziesięciu procentach zostało zniszczone przez wojnę. Nie było w nim nic starego.

Aliego spotkałam jeszcze na dworcu w Skopje, potem po raz drugi w Prisztinie. Gdy czekaliśmy na przyjazd naszego autobusu, opowiadał o tym, jak opuścił Kosowo w czasie wojny, następnie w Londynie otworzył kilka myjni samochodowych. Od tego czasu mieszka tam na stałe, a do Prisztiny przyjeżdża na wakacje odwiedzić bliskich i doglądać interesów.

Czasu do przyjazdu naszego autobusu ubywa, więc pytam się o to, jak bezpiecznie przekroczyć granicę Kosowa z Serbią. Ali bez żadnego grymasu na twarzy odpowiada, że tylko Kosowscy Albańczycy nie są wpuszczani do Serbii, która nałożyła na ich kraj sankcje za swoje separatystyczne tendencje. Kontynuuje swoją opowieść o tym, jak rozdzielone pomiędzy dwa kraje albańskie rodziny już się połączyły. Albo to Serbscy krewni, którzy nie mają problemu z wjazdem do Kosowa, odwiedzają bliskich. Ali jest Albańczykiem, ale rozmawia ze mną po polsku, którego nauczył się od Polaków przyjeżdżających do niego do Londynu po pracę.

W Kosowie odwiedzamy jeszcze Mitrovicę, która ze względu na bliskość od granicy z Serbią, w czasie walk o niepodległość znalazła się na pierwszej linii frontu, ostrzelana i doszczętnie zniszczona. Mitrowica inaczej niż odbudowana Prisztina, nosi jeszcze ślady wojny, odczuwa się tu także powagę miejsca, w którym się znajdujemy. Ulice regularnie są patrolowane przez stacjonujące tu wojska koalicyjne NATO. Zdaje się, że jesteśmy jedynymi osobami, na których żołnierze jeżdżący wozami opancerzonymi robią jeszcze jakiekolwiek wrażenie. W pobliżu wewnętrznej granicy Mitrovicy, podzielonej na część kosowską oraz serbską, patrole stają się coraz częstsze. Pomiędzy serbską i kosowską Mitrovicą płynie rzeka będąca wewnętrzną granicą. Nad nią, znajduje się most, który patrolowany jest z wieży obserwacyjnej przez francuskie siły zbrojne. Gdy wchodzimy na most, wojskowi przyglądali się nam przez lornetki, podobnie jak my im, oni nam także zrobili sporo zdjęć. Dlaczego? Bo wystarczy jedna, niewielka prowokacja, aby zwaśnione narody, mieszkające w jednym mieście wszczęły zamieszki.

 Mitrovica jako pierwsze miasto (jeszcze wtedy) separatystycznej republiki, została zaatakowana i zrównana z ziemią. Ale tylko jej kosowska część. Serbska prowincja, zachowała się dalej taką, jak była wcześniej. Prawdopodobnie, jej architektura, budynki nie zostały zniszczone w czasie wojny. Tylko ulice są cichsze, ludzie jakby wyczekiwali na coś, co nie nadeszło. Na ulicy serbskiej Mitrovicy znalazłam jeszcze serbskie dinary, na rewersie oprócz daty - symbol Jugosławii. Historia wyraźnie nie potoczyła się tak, jak chcieli tego mieszkańcy, którzy wkraczające do Mitrovicy wojska serbskie przyjmowali z radością, a może i z wiwatami? W zamian za swoje oddanie, wszystko zostało na swoim miejscu. Wrażenie, że czas w tym miejscu się zatrzymał także jest bardzo silne.

Wracamy do kosowskiej części miasta (choć formalnie byliśmy w niej cały czas, bo cała Mitrovica należy do Kosowa). Ulice odżywają. Ludzie spokojnie otwierają swoje sklepy, bazary są zatłoczone, ktoś handluje, ktoś właśnie przyszedł po zakupy. Targ trwa w najlepsze. Niczemu nie przeszkadza, że w tym samym czasie, swoją służbę pełnią także wojska koalicyjne stacjonujące w mieście. Ali twierdził nawet, że jest odwrotnie - to żołnierze patrolujące ulice wprowadzają spokój, to dzięki nim mieszkańcy czują się bezpiecznie.

Mijamy jeden z kościołów - ortodoksyjny kościół serbski. Jest zamknięty, więc obchodzimy go tylko dokoła. Ale zanim chcemy to zrobić, zatrzymują nas wojskowi. Pytają, kim jesteśmy, jako pierwsze przypuszczenie podając, dziennikarzy. Bo to właśnie oni najczęściej zapuszczają się w to miejsce ze swoimi aparatami. Lekko rozbawieni odpowiadamy, że dwójka z naszej trójki jest dziennikarzami. Jednak przyjechaliśmy tylko na wakacje. Z krótkiej rozmowy dowiedzieliśmy się jeszcze, że strażnicy dostali rozkaz pilnowania tego kościoła przez osiem godzin dziennie..Na wypadek zamieszek religijnych.

Oprócz zamkniętego kościoła, zapuszczam się w bliską okolicę. Długo nie szukam, gdy moim oczom ukazują się porośnięte już bujną roślinnością ruiny jakiegoś budynku. Pod butami trzeszczy pękające szkło, przede mną znajdują się zabarykadowane okna i porzucone worki z piaskiem - stanowisko strzeleckie. W pośpiechu, nikt tego nie usunął, a budynek sam jeszcze się nie zawalił. Jest to pierwsze tego typu miejsce, które spotykam w Kosowie i w Mitrovicy.

Robimy bardzo dużo zdjęć, chłoniemy to, co zdążymy zauważyć i wywieźć ze sobą. Mnie konsekwentnie, zarówno w Prisztinie jak i w Mitrovicy nie pasuje jedna rzecz. W miejscu tak starym, wydawałoby się - tak ortodoksyjnym, pełnym muzułmanów, wszystko powinno być starsze, niż możemy sięgnąć pamięcią. Tymczasem nic nie jest takim, jak powinno - w oszklonym budynku rodem z Europy Zachodniej odbija się meczet. W gwarze klaksonów, pisku opon i warczących silników, rozlega się co parę godzin głos muezina wzywającego wiernych na modlitwę. Obok zawiniętej w chustę muzułmanki, przechodzi dziewczyna w butach na wysokim obcasie i krótkich spodenkach. Czasem te dwie postaci, każda z innej epoki, idą razem.

Schematom utrwalonym w mojej głowie odpowiadają tylko kobiety, które idą z dziewczynkami. A mężczyźni z chłopcami. W najbardziej ruchomej części dnia, na ulicach częściej spotyka się mężczyzn, widzi w lokalach - choć ortodoksyjni muzłumanie nie piją w nich alkoholu. Na ulicach jednak jest ich zdecydowanie więcej o każdej porze dnia.

W całym Kosowie w ogóle nie spotkaliśmy zabytkowych budowli. Przez to, gdy wyjeżdżaliśmy dalej, miałam wrażenie, że coś umknęło naszej uwadze. Choć może było to tylko złudzenie powstałe na bazie innych wyjazdów za granicę. Gdzie na każdej wycieczce do innego kraju ogląda się starą cześć miasta i w ten sposób poznaje jego historię. Dopiero gdy zobaczymy budowle wiekiem sięgających kilku stuleci wstecz, dopuszczamy do naszej świadomości fakt, że to państwo naprawdę istnieje.

Tymczasem w Kosowie, nie ma żadnej starówki, budynków bardzo starych, kultowych miejsc do odwiedzenia. Historia dalej intensywnie się tam rozwija. Równie atrakcyjne co zabytki, stają się ludzie. Ci, którzy ukończyli dwadzieścia parę lat są już dużo starsi niż ich rówieśnicy, pamiętają to, czego nie zobaczą turyści. A turyści, spotkają zwykłych ludzi, jacy żyją tam na co dzień. Najbardziej niezwykłe jest wszystko to, co nazywamy codzienną rutyną.

Trudno jest wyobrazić sobie miejsce, które nie ma żadnej przeszłości. Odkąd Kosowo wybiło się na niepodległą republikę, musiało zacząć budować na nowo swoją tożsamość. Ale wzniesione parę lat temu w nowoczesnym stylu miasta, nawet za kilkadziesiąt lat nie osiągną takiego majestatu jak ich poprzednicy sprzed wojny. Stało się dla mnie jasne, że wojna to nie tylko agresja terytorialna, ale przede wszystkim odebranie prawa do istnienia symboli. Rewizjonizm sięga nie tylko po ziemię ale i jej dziedzictwo. Historia bez oparcia w dowodach materialnych ma przed sobą trudniejsze zadanie, szczególnie wtedy, kiedy dzieje się na naszych oczach. Zniszczone budynki, w miejsce których powstają zupełnie nowe. Zostają tylko ludzie i ich pamięć, którzy jeśli stworzą wszystko od początku - staną się narodem.

Ale z tym właśnie są kłopoty. Na Bałkanach, po rozpadzie wielkiej Jugasławii, głównym jej spadkobiercą została Serbia. W dosyć krótkim czasie, oderwała się od niej także Czarnogóra. Jednak różnica pomiędzy Kosowem a Czarnogórą jest taka, że matka Serbia uznała za legalne referendum w Podgoricy, w wyniku którego Czarnogóra stała się samodzielnym państwem. Pozwoliła jej istnieć. Inaczej niż w Kosowie, które jako państwo powstało dzięki uznaniu przez większość krajów członkowskich Unii Europejskiej. Kuriozalne jest to, że będące pod protektoratem Sojuszu Kosowo używa jako swojego symbolu żółtego skrawka ziemi na niebieskim tle, do połowy otoczonej gwiazdami. I jako swoją walutę, wprowadza euro. Podczas gdy to Serbia pretenduje do członkostwa w Unii Europejskiej, przez co uznaje sztucznie jej zdaniem stworzoną granicę państwową z Kosowem.

Do każdego miejsca prowadzą jednak dwie drogi. Nasza droga na Bałkany rozpoczęła się od przyjazdu do Lwowa. Moja, od poznania dokładnie, czym jest Europa Wschodnia i dlaczego Ukraina dotąd ma tak wielkie znaczenie geopolityczne dla swojego strategicznego partnera gospodarczego, niegdyś wielkiego imperium i Związku Radzieckiego.

Na Krymie do 2017 roku stacjonuje rosyjska Flota Czarnomorska. W czasie, gdy Rosja była zaangażowana w wojnę w Gruzji, to właśnie w Autonomicznej Republice Krymu wojska rosyjskie wykonywały swoje manewry wojenne.

Brak informacji o tym, kiedy i jakie okręty wojenne wpływają do portu, mimo woli wciąga Ukrainę w rosyjskie działania wojenne. W konsekwencji czego, prezydent Ukrainy Wiktor Juszczenko wydał dekret, zgodnie z którym zamiar przybycia do portu musi być zgłoszony władzom w Kijowie co najmniej 72 godziny przedtem.  Poza tym, w informacji mają się znaleźć dane dotyczące ilości przewożonych osób, sprzętu oraz broni.

Przez to, jak kształtuje się imperialna polityka Rosji, Ukraina ciągle jest elementem jej strategii. Czas pokaże, jakie będą jej rezultaty.

Kamila Zacharuk
podrozeposwiecie.blog.iwoman.pl

Słowa kluczowe: kosowo podróż reportaż bałkany seria albania
Komentarze
Redakcja dlaStudenta.pl nie ponosi odpowiedzialności za wypowiedzi Internautów opublikowane na stronach serwisu oraz zastrzega sobie prawo do redagowania, skracania bądź usuwania komentarzy zawierających treści zabronione przez prawo, uznawane za obraźliwie lub naruszające zasady współżycia społecznego.
  • żenujące [0]
    podróżniczka
    2011-01-02 01:07:09
    Na podstawie tego artykułu mogę stwierdzić, że autorce brak elementarnej wiedzy o regionie i kraju, który postanowiła opisać. Rozumiem, że są to jej subiektywne wrażenia, ale na litość boską, wypadałoby chociaż trochę uzupełnić braki w wiadomościach. Ten tekst, to szczyt niekompetencji.
  • ? [0]
    bob
    2009-11-03 23:31:25
    Bijecie rekord świata na najdłużej wiszący na stronie głównej portalu tekst? To całkiem dobrze Wam idzie :)
Zobacz także
Jak Polacy Niemcom Żydów mordować nie pomagali
Jak Polacy Niemcom Żydów mordować nie pomagali

Odważna i ambitna próba obalenia mitu Polski Niewinnej czy upiorne pomówienie wszystkich Polaków?

Studia w Indiach. Nie tak straszne jak je malują
Studia w Indiach. Nie tak straszne jak je malują

"Nigdy nie widziałem kraju, który zawierałby w sobie tyle kontrastów. Przepych, piękno i nieskazitelność z jednej strony, z drugiej bardzo łatwo przeradza się w straszną biedę i syf.".

Zdjęcie ślubne z Auschwitz
Zdjęcie ślubne z Auschwitz

„Moja kochana, kochana Margo, tulę Cię namiętnie do siebie i życzę Ci na święta wszystkiego najlepszego. Na zawsze Twój R. Co porabia mój mały uparciuch. Pisz mi dużo o nim. Moc ucałowań dla Was obojga!”.

Polecamy
Nie tak drogo, jak to górale malują
Nie tak drogo, jak to górale malują

W opinii przeciętnego Polaka, po zamianie koron na euro na Słowacji zrobiła się straszna drożyzna. Czy tak jest na pewno?

Zdjęcie ślubne z Auschwitz
Zdjęcie ślubne z Auschwitz

„Moja kochana, kochana Margo, tulę Cię namiętnie do siebie i życzę Ci na święta wszystkiego najlepszego. Na zawsze Twój R. Co porabia mój mały uparciuch. Pisz mi dużo o nim. Moc ucałowań dla Was obojga!”.

Ostatnio dodane
Jak Polacy Niemcom Żydów mordować nie pomagali
Jak Polacy Niemcom Żydów mordować nie pomagali

Odważna i ambitna próba obalenia mitu Polski Niewinnej czy upiorne pomówienie wszystkich Polaków?

Studia w Indiach. Nie tak straszne jak je malują
Studia w Indiach. Nie tak straszne jak je malują

"Nigdy nie widziałem kraju, który zawierałby w sobie tyle kontrastów. Przepych, piękno i nieskazitelność z jednej strony, z drugiej bardzo łatwo przeradza się w straszną biedę i syf.".

Konkurs Ziaja