Reportaż - Naszym zdaniem

Gotowałem dla Breżniewa

2010-01-14 00:40:18
 Gaweł to w swojej okolicy postać nietuzinkowa. Ludzie znają go z opowiadania niestworzonych historii, m.in. jak sam rozbrajał niewybuchy z drugiej wojny światowej, śpiewał w La Scali u boku Pavarottiego i był pierwszym Polakiem w kosmosie, jeszcze przed Hermaszewskim. Nikt jednak od niego nie odejdzie, zanim nie dokończy swojej bajki. W Gawle jest coś tak magnetycznego, że nawet profesorowie z uśmiechem słuchają wygłaszanych przez niego bzdur. - To baron Munchhausen naszych czasów. Ezop mógłby się od niego uczyć bajkopisarstwa.
 
Zmienił historię polskiego kina
Mówi dużo o sobie, ale nie chce powiedzieć, jak się naprawdę nazywa. Za każdym razem odpowiada „eee tam, nieistotne”.
- Mówią o mnie, że jestem żul, ale zawsze wyglądam porządnie, no i trzeźwy jestem.
Z tym porządnym wyglądem trochę przesadza. Nosi obciachową dżinsową katanę nieokreślonego już koloru, do tego niemodna fryzura, którą poprawia obowiązkowym grzebykiem z tylnej kieszeni spodni. Na nosie ma okulary typu telewizory, zza których wyglądają żywe, świdrujące spojrzeniem oczy. Przypomina Zbyszka Cybulskiego postarzałego o 10 lat. Zagadnięty, od razu podejmuje temat.
- Aaaa, to prawda, nawet zdarzyło mi się z nim pogadać i wypić flaszkę! To jeszcze za czasów, kiedy kudłaty byłem trochę. Piękny Maryjan, normalnie. Jak szedłem na dancingi, to nie było wieczoru, że bez dziewczyny wychodziłem. Stąd też mówili o mnie luj parkowy.
Gaweł nagle zamyśla się i wyciąga portmonetkę, a z niej, co znamienne, swoje zdjęcie. Obok młodego mężczyzny z burzą włosów stoi śliczna duża niższa od niego śliczna blondynka. Patrząc na zadumę Gawła, trudno ośmielić się na zadanie pytania.
- To twoja żona?
Brak odpowiedzi.
- Ukochana?
Gaweł spogląda z miną szaleńca, podnosi lewą brew i zaczyna nadawać w swoim stylu. Jak katarynka. Nie ma możliwości, aby mu przerwać. Jest jak uparty akwizytor, który chce wcisnąć klientowi sprzęt i nie zważa na argumenty, że ten jest mu w ogóle niepotrzebny.
- Cybulskiego poznałem, kiedy poszedłem do SPATiFu w Sopocie. W sumie to nikogo tam nie znałem, ale zawsze miałem dryg towarzyski i te wszystkie Kaliny Jędrusik i Ewy Wiśniewskie to od razu zapoznałem i świetnie się z nimi bawiłem. Potem przysiadłem się do stolika literackiego. No i jak tam zacząłem dawać w dekiel z Prutkowskim (poeta i prozaik – przyp. red.) i Cybulskim, który pojawił się wkrótce potem, to przyznam się, że nie wytrzymałem!
Nie sposób jeszcze zdać sobie sprawę z tego, że ta wizyta zmieniła również historię polskiej kinematografii. Po Gawle trzeba jednak się spodziewać tylko tego, że nie można z nim być niczego pewnym.
- Wtedy to tak się urżnąłem, że wziąłem zapałki i podpaliłem szklankę spirytusu. - Co robisz? - zapytał nagle Cybulski z zawadiackim wyrazem twarzy. - Palę znicz za siebie, bo ja mam już zgon. Wy żyjecie, cieszcie się! Później zobaczyłem tę scenę w „Popiele i diamencie”. Wyglądała trochę inaczej, ale to ja to wszystko wymyśliłem – kończy z uśmiechem Gaweł.

Mógł grać dla Górskiego
Gaweł ma wiele do powiedzenia nie tylko o filmowym high-life. Z chęcią opowiada także o swojej karierze sportowca. Dowiadujemy się wtedy od niego m.in., że występował w pięciu reprezentacjach piłkarskich, w tym dla Polski na Wembley.
- Miałem pecha, że nie trafiłem do drużyny Górskiego, ale wtedy już nie grałem. Szkoda, bo na pewno bym im się przydał. Zawsze strzelałem dużo bramek w deszczu, więc gdybym pojechał na mundial w '74, to miałbym sposób na Niemców – mówi Gaweł, nawiązując do słynnego półfinału mistrzostw świata przegranego przez Polaków z drużyną RFN.
Potem mężczyzna mówi o swojej karierze żużlowca i o tym, jak był bliski zdobycia tytułu mistrza świata po zaledwie dwóch tygodniach treningu.
- Niewiele mi zabrakło. W finale zmierzyłem się z bardzo szybkim Nowozelandczykiem i nie dałem rady. Gdyby mi motocykl nie padł na ostatnim okrążeniu, wygrałbym. I tak niewiele mi zabrakło, bo biegnąc z motorem prawie go dogoniłem.
Młodzież zgromadzona przy Gawle przeważnie wypowiada się o nim prześmiewczo: „ale zajebisty ziomek”, „żeby tylko tacy goście chcieli ode mnie złotówkę na wino”, „powiedz, że nie jestem gwiazdą sportu”. Wszyscy jednak trzymają się konwencji narzuconej przez Gawła i zagłębiamy się w jego wyimaginowanym świecie.
- Dlaczego zrezygnowałeś ze sportu?
- Zawsze ciągnęło mnie do nowych wyzwań. Poczułem w sobie zew i chciałem zakosztować trochę ryzyka. Zostałem saperem. Wiesz, że oni się nie mylą. I tak raz zdarzyło się, że na ulicy Gdańskiej w Bydgoszczy sam dojechałem na akcję. Nie mogłem dłużej czekać, znaleziono tam bombę o dwudziestometrowej szerokości, to mogło wybuchnąć w każdej chwili, choć pod ziemią siedziało pewnie z 40 lat. Możliwe, że uratowałem życie tysięcy ludzi.

Pokręceni są wszędzie
Gaweł uważa, że nie jest nikim specjalnym - po prostu miał trochę ciekawsze życie niż wszyscy. Innego zdania jest Arek, który był świadkiem popisów mężczyzny.
- Wyszliśmy na z kumplami na papierosa, a on po prostu do nas podszedł i zapytał jak gdyby nigdy nic mojego kolegę „A co tam masz za fajeczkę?” My mu odpowiedzieliśmy dla żartu, że damy mu zapalić, jak nam powie coś zabawnego. No i skończyło się tak, że staliśmy z nim co najmniej godzinę. Nie poszliśmy na zajęcia, ale takich bajek jak on to nawet politycy nie są w stanie wymyślić – zapewnia Arek.
Chłopakowi spodobały się teksty Gawła i postanowił je rozpowszechnić w internecie. Nie udało mu się to, pomimo faktu, że natykał się na niego dość często.
- Kiedy grzecznie go zapytaliśmy, czy zgodzi się wziąć udział w filmie, od razu się przeraził i uciekł. Zupełnie, jakby był poszukiwany przez policję i bał się rozpoznania. Podpuściliśmy go na kolejną gadkę, gdy jeden z nas filmował go z ukrycia telefonem. Zorientował się i to, co nakręciliśmy okazało się bezużyteczne. Szkoda, bo wtedy dał chyba najlepszy performance, odkąd go kojarzę. Na pytanie, co myśli o okolicznej gwieździe, Arek odpowiada:
- Pokręconych ludzi można spotkać wszędzie. Takich jak on przynajmniej przyjemnie posłuchać.

 Uciekł na rękach z ZSRR
Gaweł sypie niesamowitymi historiami jak z rękawa. Krew w żyłach mrozi historia ze Związku Radzieckiego, której do tej pory jeszcze nikomu nie zdradził. Kiedy jej się słucha, można się poczuć jak w systemie pay-per-view. Ekskluzywna opowieść tylko dla nas!
- Gotowałem dla Breżniewa - zaczyna Gaweł. Nie pytaj, jak do tego doszło, bo i tak nie uwierzysz. Robiłem tam swoje i prowadziłem całkiem wystawne życie. W pewnym momencie stęskniłem się za Polską i postanowiłem wrócić. Wcześniej chciałem się jednak przysłużyć całemu krajowi i światu przy okazji. Zamierzałem otruć Breżniewa.
Przysłuchującym się tej opowieści ludziom oczy wychodzą z orbit. Reagujemy jak nauczyciel, który przeczytał właśnie w pracy ucznia niewiarygodne bzdury. Nikt jednak nie przerywa Gawłowi. Szeherezadzie też nikt nie przerywał opowieści. To ona decydowała, kiedy i w jaki sposób skończy swoją bajkę.
- Ktoś się jednak w tym wszystkim zorientował i mnie złapali. Wiadomo, jak wyglądało życie w tamtych czasach. Przed pluton egzekucyjny bez sądu! Jeszcze do tego chciały widowiska, skurwisyny! Na Placu Czerwonym chcieli mnie ukatrupić. Ale ja byłem bardziej cwany niż oni myśleli. Zmyliłem wartowników, oswobodziłem się i uciekłem im, chodząc po rękach. Ruscy strzelali do mnie przez cały ten czas, ale doścignęli mnie dopiero po dwóch kilometrach.
- Breżniew pewnie nie mógł spać, że ma taką słabą armię?
- Nie, on spał jak dziecko. Kpił z tego wszystkiego i kazał mnie przywiązać do któregoś Sojuza i wysłać w kosmos. Nie spał podobno Jaruzelski – zaśmiał się mężczyzna.
- Przywiązać do rakiety? - pytamy z wyraźnym niedowierzaniem, ale i rozbawieniem ulicznego Sabałę. Pewne jest, że Rosjanom nie udało się pokonać naszego superbohatera. Czekamy tylko na to, żeby się dowiedzieć, w jaki sposób tego dokonał.
- Tak, ale się odwiązałem tuż przed startem rakiety. Tylko te gazy mnie poparzyły. Na szczęście, jako kucharz zarobiłem tyle, że było mnie stać na rekonstrukcję twarzy. To była wtedy najdroższa operacja na świecie. Widzisz moje bruzdy? - przerywa nagle.
Jedyne, co można zobaczyć na jego twarzy, to zmęczenie i wory pod oczami. Ani śladu blizn, zaledwie zmarszczki przypominające o cysternach wypitego alkoholu. Aż dziw bierze, że wywarł tak specyficzny wpływ na jego umysł. Fantazji może mu pozazdrościć każdy.
- Fantazję to ja mam, ale trzeba mieć też pieniądze, synku. Ja już ich po tej operacji nie miałem. Wróciłem do Polski i od razu wsadzili mnie do paki. Dobrze, że prymas Wyszyński się za mną wstawił, bo bym tam nie wytrzymał.

Normalny facet
Tutejsi „bywalcy” ulic chętnie mówią o Gawle. Przedstawiają go w korzystnym świetle, dodając, że dopiero niedawno pojawił się w ich otoczeniu. Szybko zdobył sobie ich serca, oczywiście za sprawą daru narracji. Przeważnie jednak nie chcą komentować niespodziewanej sławy znajomego. Ze zbiorowego milczenia wyłamuje się jeden człowiek.
- Ja tam mu współczuję. To normalny facet, może tylko trochę bardziej narwany niż reszta. Teraz co rusz ktoś do niego przychodzi i chce z nim gadać. Młodzi widzą go na ulicy i uśmiechają się pod nosem. Nie wiem dlaczego. On przecież tylko dobrze opowiada historie.
Samego Gawła już coraz trudniej spotkać na mieście. Stroni od ludzi, woli posiedzieć nad stawem i karmić kaczki.
- Do nich też lubię rozmawiać. Myślę, że mnie rozumieją, bo żadna nie odpływa – mówi mężczyzna.

Stworzył Świetlickiego
„Chodzę po mieście. Nożownicza, Szewska a Rynek. Chodzę po mieście opluty. Szewska, Rynek, Nożownicza. Któregoś dnia to miasto będzie należało do mnie. Na razie chodzę i patrzę, i nic - mówi mimochodem w trakcie rozmowy. Wtedy te słowa są niezrozumiałe. Dopiero po tym, kiedy Gaweł już poszedł, przychodzi olśnienie. Zacytował wiersz „Opluty” Marcina Świetlickiego. Następnym razem rozwija temat.
- Jasne, znam Świetlickiego, chodziłem z nim do klasy w liceum. To ja napisałem ten wiersz, ale nigdzie go nie opublikowałem, bo pisałem wtedy dużo i dużo lepsze teksty. Świetlicki coś tam skrobał i zapytał, czy może wziąć wiersz i przeczytać na jakimś konkursie młodych talentów. Ja powiedziałem, żeby brał go nawet na swoje nazwisko.
Mimowolnie nasunęły się analogie ze znanym polskim poetą Tadeuszem Peiperem, który pod koniec życia zdziwaczał i uparcie twierdził, że dostałby nagrodę Nobla, gdyby na dworcu w Barcelonie nie skradziono mu walizki z najlepszymi wierszami. Nie pytam jednak Gawła o Peipera, bo uznałem za oczywistą oczywistość fakt, że zdążył go poznać w przeciągu swojego niesamowitego życia. Możliwe nawet, że zaraz powie, że był pierwszym Polakiem, który grał w Barcelonie, jeszcze przed Bogdanem Wentą. Wolę ciągnąć dalej sprawę Świetlickiego i pytam:
- Drugą część „Oplutego” też ty napisałeś?
- Jaką drugą część?
- Tam jest napisane „To miasto nigdy nie będzie należeć do mnie. Pomyliłem się.”
- Tego nie znam.
To było to. Wreszcie coś, o czym nie ma pojęcia.
 
Jerzy Ślusarski
(jerzy.slusarski@dlastudenta.pl)
Słowa kluczowe: reportaż niesamowite historie cybulski popiół i diament świetlicki opluty breżniew wyszyński górski
Komentarze
Redakcja dlaStudenta.pl nie ponosi odpowiedzialności za wypowiedzi Internautów opublikowane na stronach serwisu oraz zastrzega sobie prawo do redagowania, skracania bądź usuwania komentarzy zawierających treści zabronione przez prawo, uznawane za obraźliwie lub naruszające zasady współżycia społecznego.
  • miło było przeczytać [0]
    nhr
    2010-01-15 22:30:47
    , gratuluje polotu
  • [ooo] [0]
    balbina
    2010-01-14 12:39:20
    brawo!
Zobacz także
Jak Polacy Niemcom Żydów mordować nie pomagali
Jak Polacy Niemcom Żydów mordować nie pomagali

Odważna i ambitna próba obalenia mitu Polski Niewinnej czy upiorne pomówienie wszystkich Polaków?

Studia w Indiach. Nie tak straszne jak je malują
Studia w Indiach. Nie tak straszne jak je malują

"Nigdy nie widziałem kraju, który zawierałby w sobie tyle kontrastów. Przepych, piękno i nieskazitelność z jednej strony, z drugiej bardzo łatwo przeradza się w straszną biedę i syf.".

Zdjęcie ślubne z Auschwitz
Zdjęcie ślubne z Auschwitz

„Moja kochana, kochana Margo, tulę Cię namiętnie do siebie i życzę Ci na święta wszystkiego najlepszego. Na zawsze Twój R. Co porabia mój mały uparciuch. Pisz mi dużo o nim. Moc ucałowań dla Was obojga!”.

Polecamy
Mroczna historia Kortowa
Mroczna historia Kortowa Olsztyn

Czy dzisiejsze Kortowo jest jedynie makietą, która ma ukryć straszliwą prawdę rozgrywającą się tu przed wieloma laty?

Niepokonany w Auschwitz
Niepokonany w Auschwitz

W sumie popularny „Teddy” stoczył w obozie oświęcimskim prawie czterdzieści walk bokserskich, a niektórzy podają, że było ich nawet sześć-dziesiąt. Prawie wszystkie z nich zdecydowanie wygrał.

Ostatnio dodane
Jak Polacy Niemcom Żydów mordować nie pomagali
Jak Polacy Niemcom Żydów mordować nie pomagali

Odważna i ambitna próba obalenia mitu Polski Niewinnej czy upiorne pomówienie wszystkich Polaków?

Studia w Indiach. Nie tak straszne jak je malują
Studia w Indiach. Nie tak straszne jak je malują

"Nigdy nie widziałem kraju, który zawierałby w sobie tyle kontrastów. Przepych, piękno i nieskazitelność z jednej strony, z drugiej bardzo łatwo przeradza się w straszną biedę i syf.".

Konkurs Ziaja