Polityka bez ściemy - Naszym zdaniem

"Bezmyślność i niewiedza to dziś droga do awansu"

2012-10-15 14:02:55

W piątek 19 października nakładem wydawnictwa Fabryka Słów na półki trafi najnowsza książka Rafała Ziemkiewicza „Myśli nowoczesnego endeka”. Z tej właśnie okazji spotkaliśmy się z autorem, który w swoim dorobku ma przecież tak mistrzowskie pozycje jak „Polactwo” i „Michnikowszczyzna”. Rozmawialiśmy nie tylko o tematyce kolejnej książki w dorobku RAZ-a, ale i o dramacie polskiego wyborcy, który ograniczony jest do głosowania na Tuska albo Kaczyńskiego, coraz bardziej dominującej roli Rosji w polskiej polityce zagranicznej, możliwości odzyskania władzy przez PiS, nieudolności rządu w sprawie katastrofy smoleńskiej, megalomanii Lecha Wałęsy oraz złudzeniach, którym uległa polska młodzież.

PRZECZYTAJ PIERWSZĄ CZĘŚĆ WYWIADU Z RAFAŁEM ZIEMKIEWICZEM

dlaStudenta.pl: Sprawa katastrofy w Smoleńsku ciągnie się ponad dwa lata i Donald Tusk już dawno mógł uciąć część zarzutów kierowanych po katastrofie.

Rafał A. Ziemkiewicz: On padł ofiarą własnej głupoty i być może również rosyjskiej przebiegłości. Po prostu założył, że jeśli pozwoli się Rosjanom uprzejmie posprzątać sprawę, to oni to zrobią to tak, żeby stworzyć pozór, że wszystko zostanie wyjaśnione. Nie zrozumiał, że w geopolitycznym interesie Putina było to, żeby sprawa Smoleńska została formalnie zamknięta, ale też żeby wszyscy w obszarze posowieckim wiedzieli, że jest on facetem, któremu nie wolno podskakiwać, bo on nawet polskiego prezydenta potrafił skasować. Przy okazji jest to także socjotechnika zastosowana na polskie społeczeństwo.

Ale jaki ona miałaby cel?

Stan permanentnej wojny domowej. Polityka rosyjska po pierwsze jest dalekosiężna, bo Putin nie myśli o przyszłości w ramach kilkuletniej kadencji, a po drugie zakłada powrót do dawnej strefy wpływów. Proszę zauważyć, że nie ma żadnego poważnego rosyjskiego politologa, który by twierdził, że państwo polskie jest bytem trwałym. Rosjanie godzą się z siłą Niemiec, ale uważają, że nie po to wygrali II Wojnę Światową i ustalali granicę wpływów na Odrze, żeby teraz ją cofać aż na Bug. W tej chwili są na to za słabi, bo była już próba sił, kiedy Pawlak oddał całą infrastrukturę gazową Polski Gazpromowi, ale ta umowa została unieważniona przez Unię Europejską, czyli w gruncie rzeczy przez Niemcy. To było wyraźne pokazanie Ruskim - „nie, nie, dotąd jest nasze, taka jest umowa!”. Ale oni cierpliwie czekają, a na razie zachowują się jak pająk, który wstrzykuje ofierze jad, czeka aż wpadnie ona w drgawki i wtedy ją spokojnie oplątują. Zawsze stosują przy tym metodę wkładania nogi w drzwi - jak one się zamykają, to tę nogę odsuwają, a jeśli drzwi się otwierają, to tę nogę wpychają. Rosji jest na rękę, żeby w Polsce był stale burdel i żeby tu jak najdłużej w kolejnych wyborach ścierali się Tusk z Kaczyńskim i doprowadzili kraj nad skraj wojny domowej. Później mogą pokazać Niemcom czy Francuzom „patrzcie, z tym krajem są ciągle kłopoty, ci Polacy nic nie potrafią i nie są w stanie stworzyć własnego państwa, my się nimi zajmiemy”.

Ale w tym momencie Polska jest zdecydowanie pod wpływem polityki niemieckiej.

W tym momencie. Rosjanie jednak uważają, że Niemcy mogą chcieć zrezygnować z Polski, bo uznają, że im się to nie kalkuluje.

Jakie jest pana zdania wobec teorii zamachu w Smoleńsku?

Nie jestem w stanie powiedzieć, co tam się stało, bo nikt nie chce nam tego powiedzieć. Załóżmy, że ten samolot spadł przypadkiem, ale później Rosjanie nie oddają wraku, nie ma ekspertyz, których nikt nie widział. Cała dyskusja o tym, czy na pokładzie doszło do eksplozji jest według opinii znanych mi specjalistów do bardzo szybkiego zbadania – dzisiejsza technika jest taka, że można znaleźć nawet pojedyncze atomy substancji. Jeżeli w samolocie był ładunek wybuchowy, to wystarczy zbadać kawałek tego wraku. Mnie do teorii zamachu bardzo nie pasuje jedna rzecz – bezpośrednio po katastrofie prezydent Rosji Miedwiediew jednoznacznie zaoferował powstanie międzynarodowej komisji do sprawy zbadania wypadku, której nie chciał Tusk. Oczywiście mógł tak też zrobić, gdyby okazało się, że idzie na pewniaka i Tusk, Komorowski oraz cała reszta są w pełni sterowalnymi agentami, co wydaje mi się nieprawdopodobne. Najbardziej możliwa wersja jest taka, że Rosjanie sami byli zaskoczeni, w pierwszej chwili też spękali i dopiero pierdołowatość Tuska oraz jego odrzucanie wszystkich problemów jak najdalej od siebie sprawiły, że już następnego dnia Rosjanie zorientowali się, że mogą zagrać w coś zupełnie innego. Polska jako członek NATO i Unii Europejskiej nie chce międzynarodowej komisji, to w takim razie oni mogą to posprzątać po swojemu i wydać raport, w którym z góry będzie napisane, że zawinili polscy piloci. Dla nich to rutyna – w każdej katastrofie na terytorium Rosji najchętniej do winy przyznają się ci, którzy już nie żyją. Natomiast to wszystko, co stało się przed oraz po tragedii smoleńskiej było wynikiem namawiania się Tuska i Putina przeciwko Lechowi Kaczyńskiemu, dlatego premier jest na krótkiej smyczy i nie może się przyznać jak to właściwie było.

To było wiadomo jeszcze przed Smoleńskiem. Dla wszystkich ekspertów od spraw międzynarodowych było jasne, że Kreml rozgrywa polskiego prezydenta z premierem przeciwko sobie. Tego po tragedii się wypierano i dlaczego ktokolwiek mógł dać sobie wmówić, że tak nie było?

Tusk został skazany na pozycję faceta, który bezwarunkowo musi żyrować wszystko to, co w tej sprawie robią Rosjanie. A Rosjanie tylko prowokują. W sytuacji kiedy Macierewicz wyciąga teorię, że może tam był wybuch, to oni od razu zapraszają polskich fotoreporterów i pokazują pięknie wypucowany wrak, którym kręcą Tuskiem jak kretynem, bo cały czas mu obiecują, że go oddadzą, a tego nie robią. Oni takie granie w kulki to oni mają opanowane do perfekcji – robią to z Amerykanami i Niemcami, a Tusk to dla nich w ogóle kajtek i gówniarz, który musi podpierać wszystko, co powiedzą. Tyle, że oni jednoznacznie wysyłają Polsce sygnał „zajebaliśmy wam prezydenta i co nam możecie zrobić”. Nie wiem, czy oni naprawdę to zrobili, ale taki właśnie wysyłają nam przekaz. No i teraz mamy konflikt, bo patrioci chcą tego Tuska powiesić, a obrońcy europejskiej normalności muszą go bronić. To jest wpędzenie nas na pułapkę, która może zadziałać na bardzo długie lata. A dlaczego on tego namawiania się wypiera? To jest dla mnie analogiczna sytuacja do tej z Bolkiem. Dlaczego Wałęsa wyparł się tego Bolka? Trudno to zrozumieć – przecież mógł się przyznać i powiedzieć „tak, był taki epizod w moim życiu, ale się z niego podniosłem”. Ale tego nie zrobił, być może dlatego, że chodziło tam o coś więcej.

***

Skoro poruszyliśmy temat Wałęsy, z pewnością czytał pan książkę Roberta Krasowskiego „Po południu”. Chcieliśmy się dowiedzieć, jak się pan odnosi do tezy zawartej w tej książce, że Wałęsa był genialnym prostakiem i jedynym politykiem w III RP, który miał jakąkolwiek wizję jej działania – chociażby przez utworzenie silnego systemu prezydenckiego i zmarginalizowanie partii politycznych.

Coś w tym jest, choć sama ta diagnoza jest trochę dorabianiem ideologii do tego, co wyszło w rzeczywistości. Wałęsa niewątpliwie nastawiał się na stworzenie dla siebie silnego ośrodka władzy. i dążył do jednowładztwa w związku z czym chciał zniszczyć partie. Krasowski twierdzi, że był on wybitnym politykiem z wizją – otóż wizja Wałęsy była taka, że może rządzić tylko Wałęsa, a wszyscy mają dookoła niego chodzić wkoło i całować w czoło. Absolutnie nie było widać ideologii w jego działaniu – kiedy uzasadniał, po co mu ta władza, to się miotał pomiędzy gadaniem o stu milionach a wspieraniem lewej nogi. Wałęsa w ogóle jest bardzo pouczającym przypadkiem, bo tak na dobrą sprawę, kto w lipcu 1980 roku o nim słyszał? Ludzie, którzy odpalali strajk sierpniowy absolutnie nie przewidywali, że za trzy tygodnie on stanie się symbolem znanym całemu światu i tym samym będą mogli mu skoczyć. Uważali go za takiego prawdziwka i chłopka, który się przyda, bo jest prawdziwym robotnikiem, a oni jednak byli inteligentami.

Czyli nie można go posądzać o w tym wypadku celowe, przemyślane działanie?

To w ogóle jest człowiek, u którego jednym z kluczy zrozumienia psychiki jest jawna, ale zupełnie pomijana taśma z rozmowy z bratem z czasu, kiedy Wałęsa był internowany w Arłamowie. Była wersja tej taśmy zmontowana przez ubecję, która miała za cel go skompromitować, ale zachowała się ona także w archiwach w wersji oryginalnej i była nawet kiedyś pokazywana w Telewizji Polskiej - znajduje się na niej porażający wywód, w którym Wałęsa mówi bratu, że ich rodzina wywodzi się od rzymskiego cesarza Walensa. To była tak piramidalnie głupia teoria, że ubecy nawet nie odważyli się jej użyć przeciwko niemu. Ale mam wrażenie, że on w to wszystko wierzy – ten człowiek jest niewiarygodnym megalomanem i świat jest dla niego za mały.

Gdyby mnie słuchano na Kubie, to tam już nie byłoby Fidela Castro”, „Nie słuchali mnie w Chinach i dalej mają komunizm”, „Kiedy ja obalałem komunizm...” Czego pan się zatem spodziewa po filmie biograficznym o Wałęsie w reżyserii Andrzeja Wajdy? Andrzej Gwiazda mówił, że wszystkiego najgorszego i udanej próby sfałszowania historii, bo Wajda to niestety, ale dobry reżyser.

Wajda był kiedyś dobrym reżyserem. Trzeba się umieć wycofać z arenki, gdy zaczyna służyć sofa do drzemki, jak to kiedyś śpiewał Kabaret Starszych Panów. Niektórzy ludzie tego nie potrafią zrozumieć. Czego się spodziewam? Znam mniej więcej scenariusz i on zręcznie fałszuje historię, ale Janusz Głowacki podobno chodzi po „warszawce” (ja do niej nie należę, ale znam ludzi, którzy należą i powtarzają mi rozmaite smakowite rzeczy) jak swego czasu przez pół roku chodził Michnik i mówił, że ma taśmę z nagranym Rywinem. Tak samo teraz on chodzi i mówi, że nie ma żadnego wpływu na to, co Wajda tam dopisał i najchętniej wycofałby swoje nazwisko, ale nie może tego zrobić, bo Adam by mu tego nie darował. Nie wiem, ile jest w tym prawdy, ale podejrzewam, że Wałęsa będzie w tym filmie tak posągowy jakby srał marmurem, cytując jeden z moich ulubionych filmów, ”Amadeusza”. Wajda pewnie wywali przeraźliwie nudną piłę. Oczywiście jeżeli w ogóle to skończy, bo zabrakło pieniędzy z Amber Gold.

Ponoć były tylko na reklamę...

Skoro były tylko na reklamę, to dlaczego była zapowiedziana już data premiery, a kiedy wypłynęła sprawa ponoć nieważnych pieniędzy z Amber Gold, to przesunięto ją o pół roku. Słyszałem też, że mają być jeszcze jakieś dokrętki, bo Wałęsa podobno przejrzał materiał i stwierdził, że jeszcze mu czegoś brakuje. Jest więc całkiem możliwe, że zanim ten film skończą, to koniunktura się ukróci.

***

Jedną z dominujących cech polactwa, co opisywał pan w swojej książce i co jeszcze długo będzie aktualne, jest wieczne zakompleksienie wobec Zachodu. W obecnym młodym pokoleniu można natomiast zaobserwować pewną grupę ludzi, którzy już tych kompleksów nie mają, bo oni na Zachodzie się urodzili i żadnego innego ustroju nie znają. Co więcej, uważają, że Polska sama może tej Europy czegoś nauczyć. Czy ta młodzież może być szansą na wykorzenienie tego polactwa, czy jednak ten syndrom jest niestety dziedziczny? Oczywiście należy też zauważyć, że przerażająca jest liczba zwykłych debili, którzy w ogóle nic nie wiedzą o świecie i poprą najgłupszą nawet opcję polityczną za złudną obietnicę legalizacji trawki.

Najgorsza jest wyuczona bezradność. Ja uważam, że w nas wcale jej tak dużo nie ma, bo z natury rzeczy Polacy są zaradni także dlatego, że ta podróbka państwa opiekuńczego jest oparta na kredycie. Ponadto przez cały czas wykładamy się jako kraj kolonialny – ponieważ tak się gra jak przeciwnik pozwala, to światowe koncerny, które tutaj wchodzą, grają tak, jak pozwala im nasz rząd. Ten pozwala im z kolei na wszystko zupełnie jak rząd jakiegoś państwa w Afryce. Zresztą w wielu międzynarodowych korporacjach są wydziały, które tak właśnie się nazywają – „Europa Środkowa i Afryka”. Polacy dają się wykorzystywać – za zwykłą kartę bankową płacimy dziesięć razy więcej niż Niemiec. Gdy ktoś jest kompletnym głupem, bo tych jest zawsze większość, to żyje w przeświadczeniu, że warto się zgodzić na wszystko, żeby tylko czerpać z wielkiego cyca, jakim jest Europa i mieć szanse na lepsze życie. Tylko że my nie weszliśmy do Unii Europejskiej po to, aby poprawić nasz standard życia, ale żeby ratować naszymi rezerwami walutowymi strefę euro i poziom życia w bogatszych krajach.

Nie wróży pan najweselszej przyszłości Unii Europejskiej jako całości.

Przecież jeśli ktoś śledzi sprawy europejskie, to widzi, że jak usiądą ci Barroso z van Rompuyem, to oni nie są mądrzejsi od towarzysza Dupniaka z towarzyszem Kutasowem. Ostatnio oglądałem transmisję z Europejskiego Forum Nowych Idei w Sopocie i poczułem się jak za czasów młodości! Pieprzą dokładnie to samo o idei europejskiej co tamci o socjalizmie - (RAZ rozpoczyna modulację głosu na Gomułkę - przyp. red.) integrowanie integracji integracyjnej zbliżenia poprzez pogłębienie dalszego związku między naszymi bratnimi... Przecież jak dochodzi do jakiegoś praktycznego problemu, to oni nie są w stanie nie tego rozwiązać!

Wiele osób przestało już chyba wierzyć w ten symboliczny awans społeczny za rządów Tuska. Fajnie, że dla wielu znalazła się praca w korporacji za 3000 złotych brutto i mogą sobie iść na sushi raz na tydzień, ale mamy wrażenie, że nadchodzi kolejna fala emigracji. Coś się chyba nie sprawdziły radosne tytuły Gazety Wyborczej po wyborach w 2007 roku „No to kiedy wracacie?”!

Niestety już GUS potwierdził, że ta fala jest o wiele poważniejsza, bo z zamiarem urodzenia tam dzieci. Polacy już nie emigrują za chlebem, ale za żłobkiem i przedszkolem, czyli jest to emigracja w celu rozmnożenia się i urządzenia sobie życia. To już nawet nie jest kwestia biedy, ale tego, co nazywałem pływaniem w kisielu – ogromnej trudności życia w tej biurokracji. Każdą rzecz, którą na Zachodzie ma się od ręki, u nas trzeba wychodzić i wywalczyć. To jest dla mnie większy problem niż kwestia przywoływanych przez panów debili, bo oni zmądrzeją. Rzecz w tym, że narracja europejskiej normalności, która uczyniła ich tymi debilami, kompromituje się i załamuje, bo wszystko oparte było na takim beztroskim przeświadczeniu, że wszystko generalnie idzie w dobrą stronę. Ludzie lubią beztroskę, więc nawet nie pytali się, w jaką stronę, bo uznali, że ci na górze i tak wiedzą najlepiej. Bezmyślność i niewiedza – to były i dalej są siły i drogi do awansu.

Czy te tzw. lemingi nie są w prostej linii pochodną słabością polskiego systemu edukacji? Kiedy my chodziliśmy do liceum, to w klasie maturalnej na lekcjach historii mieliśmy cały przekrój Polski XX wieku. Teraz mają być jakieś specjalizacje jeszcze przed szkołą średnią i młodzież będzie kończyć naukę gdzieś na rozbiorach, ale za to pozna bogów egipskich.

Kompletny rozkład polskiej szkoły, który również polega na doganianiu średniej unijnej, to jeszcze osobny temat. Ironicznie mówiąc, okazało się, że mamy za wysoki poziom nauczania i za mało ludzi, którzy kończą studia. Ukoronowaniem reform prowadzonych w tej chwili ma być matura w wersji audio, żeby mogli ją zdać ludzie, którzy nie potrafią czytać i pisać. Lemingoza jest jednak generalnie produktem usypiającej narracji, która mówi, że jest dobrze. Tusk dlatego też wygrał wybory w 2007 roku, bo postawił na konsumowanie. Ale żeby konsumować, to trzeba mieć co. Teraz utrzymując dezintegrację społeczeństwa, władza musi jak najdłużej utrzymać w Polakach stan zgody na wszystko. Stefan Kisielewski mawiał, że obywatelem w PRL jest taki człowiek, który się nauczył obywać bez wszystkiego. W tym sensie można powiedzieć, że Platforma Obywatelska jest partią obywatelską, ponieważ właśnie takie poczucie wytwarza w Polakach.

Lemingi kojarzone są przede wszystkim z całkowicie bezrefleksyjnymi odbiorcami papki serwowanej przez media głównego nurtu. Jak pan zareagował na wręcz depresyjny wywiad Grzegorza Miecugowa, w którym powiedział, że największą bolączką mediów jest dziś odbiorca?

Wyśmiałem go.

Ciekawe było to, że z tego wywiadu przebił się tylko nagłówek o słabości odbiorców, a nigdzie nie było zapowiedzi tej rozmowy jako np. „Miecugow: PO nie nadaje się do rządzenia” albo „Miecugow już nie pójdzie na wybory”, które to słowa również padały w tej rozmowie.

Zawsze mówiłem, że ludzie, którzy nie mają dość rozumu, nie powinni głosować. Fetysz wysokiej frekwencji wyborczej był mi zawsze głęboko obcy. Byłem nawet zwolennikiem wprowadzenia jakiegoś prostego testu przed wejściem do kabiny. Pozytywnym przykładem były wybory w Ameryce, gdzie oddanie głosu wiązało się z przebiciem dziurki obok nazwiska kandydata, co odsiało największych debili i zmieniło wyniki wyborów prezydenckich (chodzi o zwycięstwo George'a W. Busha nad Alem Gore'em w 2000 roku - przyp. red.). Myślę, że z korzyścią dla świata. W tym kontekście oceniam decyzję Miecugowa jako krok we właściwym kierunku.

Jaka będzie według pana najbliższa przyszłość prasy? Czeka nas jej całkowita zagłada i przeniesienie do Internetu?

Internet zjada dzienniki, ale jednak nie tygodniki – ludzie w sieci poszukują newsów, a opinie wolą czerpać z papieru. Mimo wszystko daję im jeszcze trochę czasu z prostej przyczyny – tablety jeszcze nie tworzą rynku i choć wzrasta liczba ich posiadaczy, to wcale nie rośnie liczba użytkowników, którzy używają tabletów do czytania gazet. Nie ma takiego przyzwyczajenia i wydanie tabletowe wciąż należy traktować w kategorii gadżetu. Najważniejsza przyczyna jest jednak taka, że w Internecie nie ma pieniędzy, ponieważ wśród reklamodawców panuje przekonanie, że reklama internetowa nie działa. Dla wielu czytelników jest ona tylko przeszkadzajką, która odrzuca od czytania strony, natomiast reklama na papierze buduje markę – kiedy się ją zamieści w tygodniku, jest ona uważana za poważną i docierającą do ludzi. Dlatego sądzę, że to potrwa jeszcze długo, przynajmniej dopóki nie zostanie wynaleziony sposób na wydobycie pieniędzy z Internetu. Prasa oczywiście mogłaby technicznie przenieść się do sieci bez problemu, tylko z czego by wtedy żyła? Ludzie nie zmuszą się do płacenia, bo tam zawsze wszystko było za darmo.

Czyli nie przewiduje pan sukcesu systemu kodowania treści Piano Media? W gruncie rzeczy to są śmieszne pieniądze – 30 zł za roczny dostęp do kilkudziesięciu serwisów.

To są śmieszne pieniądze, ale po co je wydawać, jeśli w ogóle nie trzeba nic wydawać? Konsument, zobaczy zaporę w takim systemie i zajawki, które mają teoretycznie go zachęcić do kupna takiego artykułu, będzie szukał podobnych treści gdzie indziej – tam, gdzie są one darmowe, chociażby na blogach.

***

Teraz zajmuje się pan publicystyką, ale kiedyś był pan pisarzem science-fiction. Można porównać pana drogę do tej, którą poszedł kiedyś Stanisław Lem? On był tą literaturą rozczarowany, a czy pan ma jakiś konkretny powód odejścia od niej?

Lem był nie tyle rozczarowany, co uważał, że ta literatura nie zapewniała mu takiej pozycji na jaką we własnym przekonaniu zasługiwał. Zresztą całkiem słusznie – czuł się lekceważony jako autor, na którym ciąży metka pisarza science-fiction. On rzeczywiście nie cenił sobie zachodniego s-f, bo w Polsce stworzył ten gatunek sam, od zera, w oderwaniu od amerykańskich wzorców i po prostu się na ten gatunek obraził. Na starość przybrało to nawet rozmiary pewnej obsesji, bo jeśli ktoś mu przypominał o tym, że miał coś wspólnego z fantastyką, to od razu się najeżał, prychał i kazał się nazywać filozofem przyszłości. Nie chciałbym się absolutnie z Lemem porównywać, bo nie ma między nami żadnych podobieństw. Ani się na science-fiction nie obraziłem, ani też nie twierdzę, że z niego wyrosłem, tylko z innych powodów wciągnęły mnie inne sprawy. Można powiedzieć, że przeszedłem pewien rozwój twórczy – do pewnego momentu pisałem o takich rzeczach, do których to opisania fantastyka nadaje się najlepiej. Zestawiając ten gatunek z prozą realistyczną, różnica jest taka jak przy oglądaniu obrazu nosem przy płótnie i z pewnej odległości. Pisanie powieści współczesnej to łapanie szczegółów, ale trudno opisać w niej opisać konstrukcję świata. Żeby to zrobić trzeba się cofnąć parę kroków i dopiero wtedy widzimy, że te szczegóły układają się w pewną całość. Użycie jakiegoś fantastycznego wątku – historii alternatywnej, wybiegania w przyszłość pozwala zobaczyć jakąś strukturę społeczną i dostrzec pewne momenty dziejowe. Później natomiast bardziej zaczęło mnie interesować to, co zachodzi w człowieku jako indywidualności – tutaj konwencja realistyczna pasowała mi zdecydowanie bardziej i stąd powstały takie książki jak „Ciało obce”, „Żywina” czy „Zgred”. Ale nie odżegnuję się od fantastyki – jeśli znajdę czas na napisanie czegoś w tym nurcie, to bardzo chętnie to zrobię, choć faktem jest, że przychodzą mi już do głowy niemal wyłącznie pomysły na tę fantastykę niegatunkową.

Czy takim właśnie pomysłem jest „Pasja Judasza” – książka, którą swego czasu pan zapowiadał?

Bardzo chcę to napisać. To w dużym skrócie opowieść o ukrzyżowaniu Jezusa z zachowaniem możliwości technologicznych dzisiejszego świata. Nie mogłem dojść w tej sprawie do porozumienia z Jackiem Dukajem, który nie potrafił zrozumieć, dlaczego akcja dzieje się w czasach Imperium Rzymskiego, ale ludzkość ma współczesne umiejętności. On mi mówił, że to niemożliwe i tamto nierealne. A mnie już nie chodzi o twarde science-fiction, gdzie trzeba wymyślić świat, w którym legiony rzymskie poruszają się za pomocą transporterów opancerzonych. Dukaj na to, że to już są rejony, które w ogóle go nie interesują. Myślałem też o napisaniu książki o alternatywnych losach Andrzeja Trzebińskiego – poety, który został rozstrzelany przez Niemców w czasie wojny. Tak samo chciałem też napisać to, co zrobił już Piotr Zychowicz w „Pakcie Ribbentrop-Beck”, czyli książkę, w której stawiałbym tezę, że nie należało przyjmować gwarancji brytyjskich w 1939 roku, bo to było po prostu samobójstwo.

Środowisko polskich pisarzy s-f jest wydaje się być niemal w całości prawicowe i ze świecą szukać tam kogoś o lewicowych poglądach. To byłaby zupełna opozycja do sytuacji na Zachodzie.

Są na ten temat różne teorie – Maciej Parowski twierdzi np., że fantastyka jest literaturą, która przyciąga do siebie ludzi przekornych, a ponieważ w kulturze amerykańskiej dominuje raczej wrażliwość konserwatywna, tam pisarze s-f mają bardziej lewicowe poglądy. W Polsce to środowisko zawsze było bardzo antykomunistyczne – zwłaszcza w latach 50. i 60. studia na naukach ścisłych i technicznych były wyborem ludzi, którzy wywodzili się z rodzin o tradycji niepodległościowej. I ojciec mógł powiedzieć synowi „Idź na fizykę albo matematykę, bo czerwony jest za głupi, żeby się tam władować”. Dlatego też ludzie, którzy przy okazji mieli ciągoty literackie ze zdrowego rozsądku życiowego szli na kierunki ścisłe, żeby ominąć cały ten marksistowski syf. Najlepszym przykładem jest oczywiście Janusz Zajdel, czyli najwybitniejszy przedstawiciel tej formacji polskiego science-fiction. Tacy ludzie jak on – po studiach technicznych, nadawali ton całemu środowisku i w antykomunistycznym duchu uczyli adeptów. Później to przekształciło się w antysalonowość – pisarzy tego gatunku nazywa się prawicowymi, bo nie podobały im się ustalenia Okrągłego Stołu i chcieli wymienić elity. Wyjątkiem jest chyba Andrzej Sapkowski, który nie jest lewicowy i nawet nie jest antyklerykalny, jak się go często określa. On jest w ogóle antyreligijny, bo nie wiem, skąd mu się to wzięło, ale po prostu nienawidzi Pana Boga i jest trochę ześwirowany na tym punkcie. Ale jeśli chodzi o jego poglądy na gospodarkę, to przecież głosował kiedyś na UPR.

Czy jakaś książka napisana ostatnio zrobiła na panu wrażenie?

Ostatnio spoglądam na rzeczy sławne, z którymi należałoby się zapoznać, ale z reguły się rozczarowuję. Jeszcze pierwsze książki Hollebecqua, w tym „Cząstki elementarne” coś w sobie miały, ale dawno już nic nie powaliło mnie na łopatki. Z science-fiction to już chyba w ogóle, ale na mnie jest bardzo trudno zrobić wrażenie. Ja nawet nie mam za bardzo czasu i siły, żeby wnikliwie śledzić ten gatunek, bo wystarczająco dużo uwagi muszę poświęcić na to, żeby nie odpaść w swojej kategorii. Zatrzymałem się na Nealu Stephensonie i tak samo nie wiem, co dzieje się we współczesnym kryminale. Ostatnią godną dla mnie uwagi autorką była tam Sue Grafton. Próbowałem czytać niezwykle popularnych teraz Szwedów, ale w większości bohaterowie są tam powiązani jakimiś zależnościami rodem z południowoamerykańskich telenowel, co już skutecznie mnie zniechęca do lektury.

Wyobraźmy sobie sytuację rodem z science-fiction - budzi się pan rano i jest tak, że krajem rządzą ludzie kompetentni, partie rządzące poza parlamentem i pod trybunałem, szumowiny siedzą w więzieniu, ZUS wysadzony w powietrze, kliki i sitwy zawodowe rozbite, a pan myśli sobie „nie mam o czym pisać!". Ucieszyłby się pan z takiego rozwoju sytuacji?

Ucieszyłbym się, bo zająłbym się projektami, które odkładam na przyszłość już zdecydowanie zbyt długo. Zawsze chciałem być pisarzem, ale żyjemy w czasach, gdy moją książkę publicystyczną może kupić 50 tysięcy czytelników, a gdybym skupił się wyłącznie na science-fiction, nie miałbym szansy wyjść z 15 tysięcy. Na szczęście nie zmuszam się do pisania tego, z czego jestem najbardziej rozpoznawany - prowadzę taką swoją małą wojnę ze światem, a o nią jest mi łatwiej w publicystyce.

A dalej będzie pan używał „kretyńskiego wyrażenia michnikowszczyzna”?

Oczywiście, że będę.

Rozmawiali: Jerzy Ślusarski (jerzy.slusarski@dlastudenta.pl)
Jerzy Zarzycki-Siek

fot. Fabryka Słów

PRZECZYTAJ PIERWSZĄ CZĘŚĆ WYWIADU Z RAFAŁEM ZIEMKIEWICZEM


Myśli nowoczesnego endeka
Rafał A. Ziemkiewicz

Dlaczego endecja? Bo endecją obecnie się straszy. Mało, kto wie, co ten skrót oznacza i co się za nim w istocie kryje.

Rafał A. Ziemkiewicz rozprawia się z obiegowymi „prawdami” i dowodzi, że Polska owszem, dla Polaków – ale wszystkich.  Odwołując się do endeckiej szkoły myślenia, odrzuca ideały, które do naszych czasów już nie przystają. Piętnuje te, których trzeba się wstydzić i wreszcie na powrót przywołuje wartości, których teraz zwyczajnie potrzebujemy.

Można się zafascynować wizją kreśloną przez Ziemkiewicza. Można z nią polemizować lub zwyczajnie odrzucić. Warto jednak ją poznać, choćby dla punktu odniesienia do własnych poglądów, dla określenia własnego miejsca w kraju.

O tym poradniku nowoczesnego Polaka będzie się w kraju mówiło.

18 października w warszawskich Hybrydach odbędzie się spotkanie autorskie połączone z promocją książki. Oprócz Rafała A. Ziemkiewicza w spotkaniu udział wezmą: Stanisław Janecki, Michał Karnowski i Piotr Gontarczyk. W trakcie spotkania po raz pierwszy będzie możliwość zakupienia książki w cenie promocyjnej. Na zakończenie niespodzianka muzyczna. Wstęp wolny.

Strona wydarzenia na Facebooku: http://www.facebook.com/events/422589744474287/

Słowa kluczowe: rafał ziemkiewicz wywiad katastrofa smoleńska lech wałęsa polactwo lemingi awans społeczny media sf
Komentarze
Redakcja dlaStudenta.pl nie ponosi odpowiedzialności za wypowiedzi Internautów opublikowane na stronach serwisu oraz zastrzega sobie prawo do redagowania, skracania bądź usuwania komentarzy zawierających treści zabronione przez prawo, uznawane za obraźliwie lub naruszające zasady współżycia społecznego.
  • Bardzo dobry wywiad [0]
    JohnyBigud
    2012-10-31 16:21:03
    Pozdrowienia dla pytających. Dawno tak dobrego wywiadu nie czytałem. A to portalu dla studentów. Może jeszcze Polska nie zginęła jak w takim miejscu takie rzeczy czytam. Pozdrawiam wszystkich JohnyB
  • Takich wywiadów nam trzeba. [0]
    Pan_F
    2012-10-16 21:13:11
    Treściwy, wciągający, konkretny. Bez owijania w bawełnę. Tak powinien wyglądać wywiad. Kurtyna! Brawo Panie Sztyc!
Zobacz także
Wybory prezydenckie 2015. Polacy będą głosować dla żartu?
Wybory prezydenckie 2015. Polacy będą głosować dla żartu?

"Spodziewam się, że w czasie wyborów prezydenckich będziemy mieli wiele przypadków głosowania psotnego".

Nowa partia Janusza Korwin-Mikkego ma nazwę. Nie zgadniecie jaką
Nowa partia Janusza Korwin-Mikkego ma nazwę. Nie zgadniecie jaką

Poznaliśmy nazwę nowej partii założonej przez Janusza Korwin-Mikkego.

W niedzielę wybory. Kto wygra w twoim mieście? [OSTATNIE SONDAŻE]
W niedzielę wybory. Kto wygra w twoim mieście? [OSTATNIE SONDAŻE]

„Gazeta Wyborcza” opublikowała ostatni przedwyborczy sondaż. Jak się okazuje, faworytami w wyścigu o tytuł prezydenta miasta są dotychczasowi gospodarze.

Polecamy
Ostatnio dodane
Wybory prezydenckie 2015. Polacy będą głosować dla żartu?
Wybory prezydenckie 2015. Polacy będą głosować dla żartu?

"Spodziewam się, że w czasie wyborów prezydenckich będziemy mieli wiele przypadków głosowania psotnego".

Nowa partia Janusza Korwin-Mikkego ma nazwę. Nie zgadniecie jaką
Nowa partia Janusza Korwin-Mikkego ma nazwę. Nie zgadniecie jaką

Poznaliśmy nazwę nowej partii założonej przez Janusza Korwin-Mikkego.